poniedziałek, 23 grudnia 2013

Epilogó

Epilog
Rok później
- Tourists?- zapytał przerażony sprzedawca na stacji benzynowej łamaną angielszczyzną, najpewniej widząc za szybą włoską rejestrację.
- Nic z tych rzeczy- odparłam- Wracamy po prostu z dalekiej podróży. Nawet pan nie wie, jak miło jest znów usłyszeć ojczysty język!- dodałam, a sprzedawca uśmiechnął się pod nosem.
- Wyobrażam sobie- mruknął, kasując powolnym ruchem towary położone przeze mnie przy kasie. Wracaliśmy z Trento do Polski, ale nie na długo. Chcieliśmy po prostu osobiście wręczyć zaproszenia wszystkim najbliższym. Kątem oka spojrzałam na pierścionek lśniący na mojej lewej dłoni. Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie tamtego dnia.
Sole, przestań zachowywać się jak dzieciak!- zganiłam swojego chłopaka, a on tylko śmiał mi się do ucha. Już piętnaście minut temu zawiązał mi opaskę na oczach i prowadził przez kręte dróżki.- To jakaś specjalna okazja?- zapytałam, zastanawiając się, czy nie przegapiłam czegoś ważnego. Moje urodziny? A może nasza rocznica? Jakoś nigdy nie miałam pamięci do dat…
- Możesz zdjąć chustkę- wyszeptał, a ja pod wpływem jego ciepłego oddechu zadrżałam. Posłusznie ściągnęłam z czoła zbędny dodatek i aż zachłysnęłam się z zachwytu. Byliśmy na tarasie widokowym, w Trydencie, na którego bramie wisiała czerwona tabliczka z napisem „Rezerwacja”.
- Nie powinniśmy tutaj wchodzić…- zaprotestowałam, a on przewrócił oczami, zaskoczony moją niedomyślnością.
- To ja to zarezerwowałem, głuptasie!- odparł, a ja uniosłam brwi zdziwiona. Jak mogłam być wtedy tak niedomyślna i jeszcze nie ułożyć wszystkiego w jedną całość!- Nie chciałem bawić się w kolację, bo czuję, że nie wytrzymam już ani chwili bez odpowiedzi, chociaż planuję to prawie od miesiąca- wyjaśnił, przekręcając dźwignię zamocowaną w ścianie. Wszędzie zapaliły się białe lampki, oplecione wokół drzew i winorośli. Sebastian stanął naprzeciw mnie i uklęknął na jedno kolano. Torebka z głuchym pacnięciem wylądowała na ziemi. Chyba rozpadł się mój telefon, który był w środku, na samym dnie. Wyjął pierścionek z kieszeni spodni, a moim oczom ukazał się piękny diamencik w kształcie trójkąta.
- Gabrielo Aleksandro Kruk- zaczął uroczyście, a ja zaczęłam zastanawiać się, skąd tak właściwie zna moje drugie imię.- Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?- zapytał, a ja otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Jeszcze się pytasz?- pisnęłam psując cały nastrój, a mój pocałunek był tak dla niego niespodziewany, że przeturlaliśmy się dobre kilka metrów w dół stromego zbocza.
Nagle rozdzwoniła się moja komórka, przerywając bieg miłych wspomnień. Spojrzałam na wyświetlacz.
- Sebastian, ven aquí!- poprosiłam, po czym oddaliłam się kilka metrów aby porozmawiać.
- Tsvetan, co słychać?- zapytałam po włosku, a sprzedawca zrobił wielkie oczy. Sokołov zaczął rozpaczać nad tym, że przyszło zaproszenie na nasz ślub, a on zorientował się, że jeszcze nie znalazł osoby towarzyszącej. Zaczęłam go uspokajać, miał przecież na to trzy miesiące! Gdy poleciłam przyjacielowi wziąć dziesięć głębokich wdechów, zaczęłam przysłuchiwać się konwersacji obok mnie.
- W ilu językach ona mówi?- zapytał z trudem sprzedawca- widocznie tak bardzo zależało mu na odpowiedzi, że był gotów przemóc swój strach przed obcokrajowcami.
- Nie jestem pewien, ale chyba w sześciu- odparł Bastian usłużnie, a kędzierzawemu chłopakowi aż zaświeciły się oczy. Pokiwał głową z uznaniem, a gdy przetworzyłam ich rozmowę w głowie, wpadłam na pewien pomysł.
*
-Denerwujesz się?- zapytał, a gdy usłyszał, jak głośno przełykam ślinę, to mocniej ścisnął  mnie za rękę. Byliśmy w Bełchatowie, pod domem Andrzeja. Nie wiem jak zareaguje na zaproszenie na nasz ślub. Może to nieodpowiednie zachowanie z mojej strony? Ale przecież był moim najlepszym przyjacielem, mimo tego wszystkiego, co między nami zaszło. Nie mogłam go tak po prostu pominąć. Zaprosiłam właściwie cały sztab i zawodników, lecz jego zostawiłam sobie na koniec. Drzwi otworzyła mi prześliczna blondyneczka o niebieskich oczach. Uśmiechnęła się ciepło, lecz ze zdziwieniem.
- Jest może Andrzej?- zapytałam jednym tchem, a blondynka odwróciła głowę.
- Kochanie, ktoś do ciebie!- wykrzyknęła, a mnie serce zabiło szybciej. Czyżbym już nie musiała mieć wyrzutów sumienia? Wrona pojawił się w drzwiach, a na mój widok jego oczy przybrały dziwny wyraz. Zmierzył wzrokiem mojego kompana i uśmiechnął się szeroko.
- Gabriela? Co ty tutaj robisz? Sebastian?!- zapytał i nie wiadomo jak nagle znalazłam się w jego mieszkaniu pod ostrzałem pytań. Blondynka (okazało się, że ma na imię Kasia, a są razem od prawie pół roku- nie mogłam powstrzymać uśmiechu, gdy to usłyszałam, więc wtedy złapał mnie „nagły” atak kaszlu) zaprowadziła nas do salonu, przygotowała kawę i ciastka.
- Opowiadajcie co słychać!- zachęcił mnie Endriu, a ja przygryzłam dolną wargę. Trochę się zmienił od naszego ostatniego spotkania. Skrócił nieco włosy, a z zarostu pozostało już tylko wspomnienie. Promieniał, widocznie znalazł wreszcie swoją drugą połowę jabłka. Cieszyłam się jego szczęściem.
-Wy się znacie?- zignorowałam pytanie, zwracając się tym razem do Sebastiana.
- Tak, spotykamy się często na reprezentacji- odparł, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Zmarszczyłam brwi i upiłam łyk kawy. No tak, reprezentacja rządzi się swoimi prawami.
- Właściwie to nie przyjechaliśmy na pogaduszki…- zaczęłam, skubiąc materiał bluzki.
- Chcieliśmy was zaprosić na ślub- dokończył za mnie Sebastian- oczywiście z osobą towarzyszącą- dodał, gdy Kasia usiadła obok nas.
- Ślub?- zdziwił się- Więc wreszcie znalazłaś tego jedynego po tylu latach prób?- zapytał, a w jego głosie nie było nic szyderczego. Wyglądał na zadowolonego z obrotu sytuacji.
- Chyba tak- odparłam krótko, niekontrolowanie spoglądając czule na Sebastiana. Przegadaliśmy pół dnia, okazało się, że u Andrzeja i chłopaków ze Skry trochę się zmieniło. Maciek wreszcie znalazł miłość swojego życia, która wcale nie była blondynką, a „rudowłosym chochlikiem”, jak to określił mój przyjaciel. Facundo nadal szukał klubu, bo po przegranej Maceraty w fazie grupowej ligi mistrzów działacze zdecydowanie podziękowali mu za współpracę. Skra w zeszłym sezonie zdobyła Mistrzostwo Polski, a Miguel został zgodnie okrzyknięty najlepszym trenerem plus ligi.
- Dobra gołąbeczki, nie chcę was wyganiać, ale mam zaraz trening…- Wronka podrapał się po głowie, a my zgodnie uznaliśmy, że pora się zbierać. Pożegnali nas z Kasią w drzwiach, a gdy odwróciłam się, aby ostatni raz na nich zerknąć, zobaczyłam chłopaka delikatnym gestem odgarniającego jej włosy z czoła, za co dostał pstryczka w nos. Uśmiechnęłam się i złapałam Argentyńczyka za rękę. Odkąd byliśmy razem, wszystko szło właściwym torem.
*
- A co, jeśli ona się podrze?- jęknęłam żałośnie, poprawiając spadający welon. Sukienka była przepiękna, ale w ogóle nie praktyczna- Przecież ja na nią nadepnę!- w moim głosie można było wyczuć nutkę histerii.
- Siadaj- zakomenderowała Aśka, a ja posłusznie przycupnęłam na fotelu. Czułam, jak w moich oczach gromadzą się łzy.
- A co, jak ja ją zniszczę? Już jej nie naprawimy. Co będzie, jak ją zepsuję? A może ją odłożę i założę jakąś inną? Przecież ta może poczekać- gadałam jak opętana, a Asia przyjrzała mi się uważnie.
- Tobie wcale nie chodzi o sukienkę, prawda?- zapytała ostrożnie, a ja ryknęłam płaczem. Jak to dobrze, że jeszcze nie dopuściłam do siebie makijażystów!
- Oczywiście, że nie!- wychlipałam- Co będzie, jeśli ja go przestanę kochać? Albo on mnie? Może po ślubie staniemy się nudni i przewidywalni, a on już mnie niczym nie zaskoczy?- Dziewczyna uspokajającym gestem pogłaskała mnie po ramieniu, a ja otarłam spływające po policzkach łzy. Czy nawet jako panna młoda muszę się prezentować tak żałośnie?
- Głupia jesteś i tyle. Przyjechałam z Paryża raptem dwa tygodnie temu, żeby ci pomóc przy przygotowaniach, a przez ten czas widzę, jak oboje na siebie działacie! Jak on ukradkiem spogląda na ciebie, jak godzinami trzymacie się za ręce, jak zawsze siadacie koło siebie i ani jedna osoba nie może być między wami. Zachowujecie się jak jeden organizm i to on jest dla ciebie tym jedynym, a ty dla niego miłością życia. Przyjmij to wreszcie do tego swojego móżdżku poligloty! Tyle języków wchłaniasz jak gąbka, a nie jesteś w stanie przyswoić, że ten facet nie może bez ciebie żyć?- wytknęła mi i kazała wziąć dziesięć uspokajających oddechów.
- Cieszę się, że cię mam- przytuliłam się do przyjaciółki, na co ona odskoczyła.
- Zostaw, jeszcze cię pobrudzę!- zganiła mnie, a ja parsknęłam śmiechem- potem będzie czas na wylewanie łez.
- Mam nadzieję, że tylko tych radosnych- mruknęłam, na co dała mi sójkę w bok, zupełnie nie zważając na to, że jestem na skraju załamania nerwowego. Zaśmiała się tylko, a jej śmiech brzmiał jak tysiące dzwoneczków.
- Nie mazgaj się i zachowuj jak należy! To przecież twoja wielka chwila!- poinstruowała z uśmiechem, a ja przewróciłam oczami. Miała rację. Przecież dzisiaj miał być najszczęśliwszy dzień w moim życiu!
*
Nigdy w życiu nie miałam tak wielu wątpliwości. Najchętniej wsiadłabym do pierwszej lepszej taksówki i uciekła na drugi koniec świata, żeby przeżyć kolejną przygodę. Kochałam go, to pewne. Ale czy to uczucie z czasem nie wygaśnie? Może warto chwilę poczekać? Znamy się zaledwie od dwóch lat, po co od razu pakować się w małżeństwo? Tyle pytań cisnęło mi się do głowy, ledwo szłam z nadmiaru emocji. Do ołtarzu prowadził mnie ojciec- rozstał się ze swoją dotychczasową partnerką i próbował ułożyć życie od nowa. Nie miał mi za złe żadnego z wypowiedzianych słów, bo po kilku tygodniach zdał sobie sprawę, że ten związek nie ma najmniejszego sensu. Przyjechał tutaj, do Werony, gdzie ślubowała moja babcia, żeby być przy mnie w ten wyjątkowy dzień. I nie tylko on przyjechał. Była mama, Oskar z dziewczyną, bliżsi i dalsi krewni, cały sztab Skry i kilkunastu znajomych z dawnych lat. Byli też rodzice Sebastiana oraz jego liczni kuzyni, ciotki i wujkowie. Jakimś cudem udało nam się tutaj zorganizować polskiego księdza, który zgodziłby się przeprowadzić ceremonię.
- Jak samopoczucie?- pyta tata, a ja czuję, że nogi trzęsą mi się jak kostki lodu w szklance.
- A na jakie wygląda?- odpowiadam pytaniem na pytanie, mając wrażenie, że zaraz zacznę szczękać zębami.
- Jak zwykle na wyśmienite- mówi z szelmowskim uśmiechem i chwyta mnie pod ramię. Opieram wszystkie swoje wątpliwości na jego barkach, osuwając się niemalże na ziemię. Ojciec z hardą miną przytrzymuje mnie w pionie. Rozbrzmiewa Marsz Mendelsona, a ja, ciągnięta przez rodziciela powoli sunę w stronę ołtarza. Czy jeśli teraz się wyrwę to zdążę złapać taksówkę zanim ktoś mnie dogoni? Przecież Sebastian zrozumie. Nie muszę wychodzić za mąż, możemy żyć razem bez tego cholernego świstka papieru i obrączek. Nie chcę zmian, nie chcę tej pompy, nie chcę żyć inaczej! Rytm melodii zagłusza mój coraz bardziej spazmatyczny oddech. Znowu jestem niezdecydowana. Czy ja chociaż raz nie potrafię czegoś zrobić dobrze? Nawet nie orientuję się, gdy jestem już u celu. Mój narzeczony ma głowę zwróconą do tyłu, więc nie mogę zobaczyć jego twarzy. Dla uspokojenia podziwiam więc ładnie skrojony czarny garnitur. Staram się uspokoić oddech. Sebastian odwraca się i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko staje się jasne. Tak jasne, jak słońce na niebie, tak jasne jak fakt, że moja sukienka biała, a jego oczy brązowe. Odwzajemniam uśmiech i chwytam jego dłoń. Przy nim wszystko jest takie proste!
Widzę jak Bruno Romanutti mruga rozbawiony do środkowego. Jak to dobrze, że teraz nie miał racji! Bo co by było, gdybym nie odważyła się polecieć do Brazylii?
*
- Yo, Gabriela Aleksandra Kruk- mówię, a jego oczy przewiercają całą moją duszę.- Te quiero a ti Sebastian Sole como esposo y me entrego a ti, y prometo serte fiel en las alegrias y en las penas, en la salud y en la enfermedad, todos os dias de mi vida.- oznajmiam  uroczyście, drżącymi palcami sięgając po obrączkę.
- Ja, Sebastian Sole, biorę ciebie Gabrielo Aleksandro Kruk za żonę- jego polszczyzna nigdy nie była tak piękna, nawet gdy kłóciliśmy się o to, kogo to wina, że zlew się zapchał, ani gdy nauczył się wszystkich przekleństw, bo denerwowało go moje ciągłe „Puta Madre”, ani nawet wtedy gdy po raz pierwszy w tym języku wyznał mi miłość. Moje oczy zaszkliły się, starałam się zahamować chlipanie. Widząc to, Bastian zupełnie nie zważając na procedury i zasady obowiązujące w kościele ujął moją twarz w dłonie i mówił dalej- I ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską- zaśmiałam się przez łzy, widząc, z jakim trudem przyszło mu wymówienie tych wszystkich zbitych głosek- i że cię nie opuszczę aż do śmierci- dodał szeptem i nie spuszczając ze mnie wzroku wsunął pierścionek na mój palec. Zamknął moją drobną postać w szczelnym uścisku i złożył delikatny pocałunek na moich spierzchniętych wargach.

Spojrzałam na niego spod wachlarza gęstych rzęs i mocniej ścisnęłam za rękę. Jak mogłam chcieć uciekać? Teraz byłam spokojna jak nigdy, pewna swego, szczęśliwa. Z niezmierną łatwością uświadomiłam sobie jeszcze jedną ważną rzecz, której oczywistość aż mnie poraziła- nieważne gdzie byśmy nie byli, moje miejsce zawsze będzie u jego boku. 
______________________________________________________
NIENAWIDZĘ LEPKICH ZAKOŃCZEŃ!
Ale napisałam ten epilog sto lat temu i nie chciałam nic w nim zmieniać.
Znowu Was przepraszam, że tak długo mnie nie było. Gdańsk jest wspaniałym miastem. Uwielbiam Gdańsk. Mimo, że gubię się tam na każdym kroku, że wiatr wieje mocniej, a ludzie są wyżsi. To by było na tyle z mojego tygodnia :)
Kurczę, skończyliśmy to! Nie ja skończyłam. My, Wy skończyliście tę historię za mnie. To pierwsze opowiadanie, które udało mi się skończyć, napisałam je od początku do końca. I to wszystko dzięki WAM. Bo gdyby nie Wy i Wasze miłe słowa, to już dawno rzuciłabym to wszystko w cholerę i przestała wstawiać cokolwiek.
Z tej odrobiny miłości (jak w tytule) zrobiło się jej całkiem sporo, ale zamysł był zupełnie inny... Podczas tworzenia było mnóstwo pomysłów, chcecie wiedzieć jakich?
Oto kilka ciekawostek:
  • Pierwszym głównym bohaterem miał być Karol Kłos
  • Potem głównym bohaterem miał być Andrzej Wrona
  • Później Facundo Conte...
  • A Gabriela miała poznać nie Sebastiana, a Quirogę
  • Rodrigo miał jej pokazać, że miłość to jednak fajna sprawa, ale wcale nie mieli być razem
  • Na samym końcu miał pojawić się Facundo i wszystko wyjaśnić
  • Kurs tanga miał być kursem samby, ale głupia Chimera zdała sobie sprawę, że samby przecież nie tańczy się z partnerem...
  • Pomysły na następne rozdziały pojawiały się tuż przed snem, wszystkie możliwe opcje mam zapisane w notatkach na telefonie
I chciałabym tylko ogromnie podziękować za to, że byliście, mimo tego, że ja ostatnio bardzo Was zaniedbywałam.
Jeszcze raz DZIĘKUJĘ wszystkim razem i każdemu z osobna, bo przyczyniliście się do powstania tego opowiadania.
Ale ja nie znikam, dlatego nie musicie ronić łez w ogóle :) Jestem na Mroźnej Rosji
Kończymy na ponad 20000 wyświetleniach i prawie 550 komentarzach. DZIĘKUJĘ! :*
Zapomniałam! Wesołych Świąt wszystkim! :))
EDIT:
Zapraszam serdecznie na pierwszy rozdział na http://bardzo-mrozna-rosja.blogspot.com :)

środa, 4 grudnia 2013

Veintiseis


(OSTATNI)

Po długich tygodniach bezgranicznego wysiłku, wreszcie byliśmy tak blisko tego, o czym marzył każdy od początku sezonu. Finał ligi włoskiej, a w nim Itas Diatec Trentino i Lube Banca Macerata. Najzagorzalsi kibice już od ponad godziny gromadzili się na hali i obgryzali paznokcie ze zdenerwowania. Ten mecz był meczem o wszystko- o prestiż i sławę na arenie narodowej, o honor i o status, który Trentino koniecznie chciało zachować. Zawodnicy dopiero co wyszli na płytę boiska i zaczęli się rozgrzewać. Na hali panowała atmosfera radosnego podniecenia i oczekiwania. Ja sama złapałam się na tym, że nerwowo stukam palcami o barierkę. Nagle do moich uszu dochodzi gwizdek sędziego- zaczyna się. Pierwsze szóstki wchodzą na parkiet, a ja już jak przez mgłę widzę całe widowisko. Patrzę głównie na Sebastiana i dla uspokojenia liczę jego ataki- siedemnaście skończonych, cztery bloki, jeden as- niebywała statystyka jak na środkowego. Jak to możliwe, że z taką skutecznością ataku daliśmy przeciwnikom doprowadzić do tie-breaka? Jest 11:7 dla gospodarzy. Nie przegramy tego, jestem pewna. Kibice zdzierają sobie gardła drąc się w niebogłosy, a ja siedzę w ciszy i patrzę- oniemiała patrzę, jak chłopaki tracą tę czteropunktową przewagę, jak Conte i Zajcew szaleją w ataku, jak Sokołov dostaje drugą czapę z rzędu. Już 14:11 dla gości. Publiczność zamiera, na hali nie słychać nawet szmeru zdenerwowanych głosów. Piłka setowa dla Maceraty. Conte zmierza pewnie na zagrywkę, a ja mam ochotę zamknąć oczy. Psuje, a cała sala wydaje z siebie głęboki oddech. Jest jeszcze nadzieja. Ratujemy się podwójnym blokiem, Parodi aż sapie ze złości, gdy piłka po jego ataku ląduje mu w okolicy kolan. Już tylko 14:13. Jeszcze tylko jedna piłka do obrony, uda nam się! Sokołov zmierza na zagrywkę, lecz trener Maceraty bierze czas dla wybicia przeciwnika z rytmu. Zdenerwowana zaciskam pięści. On niezbyt dobrze radził sobie z presją. Moje obawy są jednak zbędne- po przerwie Bułgar posyła dwa asy z rzędu. Tłum zaczyna głośno skandować jego imię, bo teraz to gospodarze mają piłkę setową. Tsvetan huknął tak, aż boisko zatrzęsło się w posadach, lecz Hubert Henno przyjął niemalże perfekcyjnie. Mamy wyblok, Colaci jakimś cudem wymuskuje tę piłkę niemalże z trybun, a ona trafia prosto w ręce Sintiniego. A on po tylu latach grania dobrze wie, co robi. Wystawia piłkę na środek, a Sebastian trafia prosto pod nogi Facundo Conte. To koniec, Trentino zdobywa Mistrzostwo Włoch. Kibice wpadają w dziki szał, tańczą, śpiewają, niektórzy nawet płaczą z radości. Siatkarze lokalnej drużyny rzucają się na siebie w przypływie bezgranicznej radości, trenerzy odrzucają image „poważnych pracowników” i oblewają szampanem głowy swoim podopiecznym. A ja siedzę wciąż na krześle, a wszystko dociera do mnie jakby z boku. Bo gdy Sole uderzał tę ostatnią w sezonie piłkę, ja uświadomiłam sobie coś naprawdę bardzo ważnego. Zrywam się jak oparzona z ławeczki i przepycham przez rozradowany tłum. Nie liczy się nic innego, mój wzrok szuka tylko jego. W końcu dopadam do jednej z barierek i przeskakuję przez nią, zupełnie nie zwracając uwagi na krzyczącego ochroniarza. Rozglądam się nerwowo po boisku, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Obracam się wokół własnej osi, wyciągam szyję jak tylko mogę, ale nadal nie widzę tej znajomej czarnej czupryny. Nagle wpadam prosto w jego ramiona, które przygarniają mnie do jego ciepłego ciała. Odsuwam go od siebie i kładę ręce na jego barkach.
- Sebastian, ja już wszystko rozumiem!- wykrzyknęłam rozgorączkowana, a jemu uśmiech spełzł z twarzy.
- Co takiego rozumiesz?- zapytał, marszcząc czoło. Odciągnęłam go w nieco cichszy zakątek, poza zasięgiem kamer.
- Posłuchaj mnie! Ja już wszystko wiem. Nie wierzę, że potrzebowałam tak dużo czasu, żeby wreszcie na to wpaść…- zaśmiałam się z niezmierną lekkością, a on nadal patrzył na mnie zdezorientowany. Jak dobrze było już podjąć tę decyzję!- Wiesz, że zawsze robię kawę dla dwóch osób? Nawet gdy jestem sama w domu to wszystko robię podwójnie. Tak bardzo przywiązałam się do mieszkania razem, że gdy wyjeżdżasz na mecze to zawsze śpię w twojej bluzie, żeby oszukać umysł, który już nie potrafi zasnąć bez ciebie. Za każdym razem gotuję się z zazdrości, gdy jakaś ładna Włoszka rozpoznaje cię na ulicy, zawsze wtedy mam ochotę tej biednej dziewczynie wydrapać oczy, mimo tego, że nic nie zrobiła. Podczas każdego meczu ogromnie się boję, że doznasz kontuzji, a po przegranym spotkaniu czasem jestem bardziej przybita niż ty! Kiedyś raz po treningu wróciłeś później do domu zrobiłam ci ogromną awanturę, pamiętasz? Tak się bałam, że coś ci się stało, bo gdy pomyślałam, jak życie byłoby bez ciebie puste, to miałam ochotę coś sobie zrobić. Pół godziny później wróciłeś, a ja rzuciłam się na ciebie krzykiem i z łzami, które wcale nie były spowodowane wściekłością- po prostu uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem od ciebie uzależniona. To jest jak jakiś pieprzony narkotyk, a kiedy jesteś smutny to nagle cały świat robi się szary i bezwartościowy, rozumiesz? Nie mogę ścierpieć tego, że zostawiasz skarpetki na środku salonu, że krzywo wstawiasz naczynia do zmywarki… Ale gdy wracasz po ciężkim dniu i codziennie całujesz mnie w szyję, to wiem, że nie mogłabym przetrwać ani minuty ze świadomością, że nie ma cię przy mnie. I nie wiem, czy takie silne uczucia mogę określić tak prozaicznym i małostkowym słowem jak „miłość”, ale jeżeli te wszystkie emocje oznaczają właśnie miłość, to bez zastanowienia mogę powiedzieć, że kocham cię najbardziej na świecie.-
Moje oczy zaszły łzami, które wartkim strumieniem popłynęły po policzkach. Sebastian wpatrywał się we mnie oniemiały, najwidoczniej przyswajając wszystkie informacje.

- Te amo- szepnął poruszony, a potem chwycił moje uda, pozwalając mi opleść swoje nogi wokół jego bioder. Złożył na moich ustach pocałunek, a ja wreszcie mogłam poddać się temu uczuciu w całości. Koło nas zaczęły błyskać flesze, złaknieni nowego materiału fotografowie robili nam zdjęcia. A my trwaliśmy tak zaciekle, zupełnie nie zwracając uwagi na otaczający nas świat. Kompletnie nic nie było ważne- prawie trzy tysiące par oczu zwróconych w naszą stronę, to, że najprawdopodobniej będziemy na okładce jutrzejszego wydania La Repubblica jako symbol zwycięstwa, ani to, że Conte właśnie chciał zabić nas mrożącym krew w żyłach wzrokiem. Nie liczyło się nic, tylko my dwoje. Już nie musiałam szukać dalej- znalazłam tego jedynego, który pozwolił mi zrozumieć czym jest miłość.
___________________________________________________________
To jest już koniec. Pozwolicie, że zostawię tę część bez komentarza?
Za jakiś tydzień pojawi się epilog, a przed świętami startujemy z Mroźną Rosją.
Przepraszam, że tak długo mnie nie było i że Was tak zaniedbałam- jutro wszystko nadrabiam, bo mam wolne.
Przepraszam, kocham, czekam na Waszą opinię :*

poniedziałek, 11 listopada 2013

Veinticinco

Miał czelność stać tutaj, uśmiechać się tym swoim obleśnym uśmiechem i patrzeć na mnie, świdrować mnie wzrokiem, jakby miał ochotę… Odgoniłam złe myśli. Czułam tylko obrzydzenie. Obrzydzenie i coraz większy strach. Czemu w pokoju obok zrobiło się nagle tak głośno? Nikt nie mógł usłyszeć naszej wymiany zdań. Wielka gula stanęła mi w gardle, nie mogłam nawet krzyknąć. Przełknęłam głośno ślinę, przygotowując się na tę ewentualność.
- Co ty tu robisz?- warknęłam, próbując wydostać się z zasięgu jego ramion. Zrobił krok do przodu.
- O to samo miałem zapytać ciebie, kochanie- położył rękę na moim udzie, a ja aż wzdrygnęłam się z obrzydzenia.
- Zabieraj te obślizgłe łapska- wyrwałam się, a on uśmiechnął się szyderczo. Co ja w nim kiedyś widziałam?
- Ale się harda zrobiłaś, żabko! Podobasz mi się taka…- szepnął, próbując mnie pocałować. Zrobiłam unik. W oczach Facundo dostrzegłam gniew.- O nie, tak się nie będziemy bawić…- mruknął, zaciskając zimne dłonie na moich nadgarstkach. Jęknęłam z bólu.
- Zostaw mnie, w pokoju obok jest mnóstwo osób. Dorwą cię- splunęłam prosto w jego twarz, a ten gest jeszcze bardziej go rozsierdził.
- Ty mała suko…- syknął, a ja zacisnęłam zęby. Czemu nie mogłam wezwać pomocy? Strach zawiązał gruby sznur wokół moich przerażonych strun głosowych. Gdy Conte przymierzał się do wymierzenia mi policzka, w kuchni zapaliło się światło. Chłopak zamarł w pół ruchu, widząc, jak zmierza do niego Sebastian. Nagle wszystko zwolniło, jak w stopklatce. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Rozszerzone nozdrza i żądne krwi oczy, usta wykrzywione w tragicznym grymasie. Zacisnął prawą dłoń w pięść i się zamachnął. Conte zatoczył się do tyłu, a z jego łuku brwiowego spłynęła krew. Sole nie mógł się uchronić przed kolejnym ciosem. Otarł szkarłatną ciecz spływającą z kącika ust i zamachnął się jeszcze raz. Gula w gardle wreszcie ustąpiła.
- POMOCY!- wrzasnęłam, ile miałam sił w płucach. Głośne kroki zlały się z przerażającym odgłosem łamanej kości. Argentyński przyjmujący osunął się na ziemię, przewracając przy tym kuchenne krzesło. Krew lała mu się z nosa, a półprzymknięte oczy wpatrywały się z nieskrywaną zawiścią. Wkrótce potem się zamknęły. A Sebastian stał nad nim, dyszący, zakrwawiony. W jego oczach szalała żądza zemsty. Do pokoju wbiegli kolejno Emanuele, Simone i Ivan, wszyscy z oczami jak pięciozłotówki. Parodi pospieszył ocucać nieprzytomnego Argentyńczyka, a Zajcew dopadł do Sebastiana. Ten machnął tylko ręką na znak, że wszystko w porządku. Powoli się uspokajał.
- Zadzwońcie po karetkę- rzucił niedbale do Birarelliego, posyłając pogardliwe spojrzenie leżącemu na podłodze Facundo. Podszedł do mnie, objął delikatnie ramieniem i powoli zaprowadził do sypialni. Wciąż byłam w szoku. To wszystko działo się tak szybko! Bastian posadził mnie na brzegu łóżka, a sam przykucnął obok i ujął moją twarz w dłonie.
- Nic ci nie jest?- zapytał z troską w głosie, wyraźnie zmartwiony. Pokręciłam głową.
- Twoje usta…- szepnęłam, dotykając jego przeciętej dolnej wargi.- Opatrzę to- zerwałam się z łóżka, lecz on złapał mnie za nadgarstek.
- Nic mi nie jest.- odparł, usadzając mnie z powrotem.
- Przecież widzę!- znów próbowałam się wyrwać.
- To może poczekać- zapewnił, opierając twarz o moje kolana. Był taki abstrakcyjnie mały i przytłoczony sytuacją, że miałam ochotę otulić go niczym małe dziecko. Podniósł głowę. W jego oczach nie dostrzegłam nic, prócz strachu i bezgranicznej troski.
- To dobrze, że ten sukinsyn nic ci nie zrobił…- wyszeptał, ściskając mocniej moją dłoń.
- Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o tobie- westchnęłam, wolną ręką gładząc go po włosach.
- Wiedziałem, że byłaś w związku z jakimś Latynosem, ale do jasnej cholery, czemu nie powiedziałaś mi, że to gość, który jest powołany razem ze mną do reprezentacji?!
- Jakoś wypadło mi z głowy…- wyjaśniłam, próbując jakoś zniwelować swój strach.
- Mniejsza z tym. Nie mam pojęcia, jakim cudem on się tu znalazł!- chłopak zerwał się nagle jak oparzony, dając upust emocjom.- Gdybym tylko go spotkał jeszcze raz…- cały aż drżał, tym razem to ja próbowałam go uspokoić.
- To i tak nic by nie zmieniło- stwierdziłam rozsądnie- Teraz na pewno wie, gdzie jego miejsce- dodałam, chociaż w moim głosie sama usłyszałam nutkę zwątpienia.- Wracajmy do domu- poprosiłam, a on bez szemrania spełnił moją prośbę. Ostatnim tego wieczora autobusem dotarliśmy do mieszkania. W łóżku Sebastian objął mnie w pasie, a ja oparłam głowę na jego torsie. Chłopak po kilku minutach zasnął, a ja przez bardzo długi czas biłam się z myślami. W moim ciele nadal buzowała adrenalina, która powoli ustępowała miejsca zmęczeniu. Facundo mnie śledził, czy nasze spotkanie było tylko przypadkiem? Chociaż bardziej niż to, spokoju nie dawała mi postawa Sebastiana, który zachował się iście po rycersku. Nigdy w życiu nie widziałam go w takiej furii. Sprawiał wrażenie, jakby bez skrupułów mógłby urwać przyjmującemu łeb, za ten jeden dotyk, za to, że podniósł na mnie rękę. A potem tak po prostu dał mu w pysk i oberwał- dla mnie. Bo się o mnie troszczył, bo o mnie dbał? Bo ciągle się mną opiekował? Bo chyba tak mogłabym nazwać tę nieznaną dotąd sytuację, w której on poświęca swoje zdrowie dla jakiejś tam dziewczyny. Poświęca je dla mnie.
Miesiące mijały nam w niesamowitej symbiozie, żyliśmy ze sobą w taki sposób, jakby było nam to pisane od lat. Jego obecność sprawiała, że czułam się szczęśliwsza i bardziej spełniona. Nawet zbierając jego skarpetki z podłogi, a potem drąc koty o to, czyj to obowiązek sprzątać za „królewiczem”- mój, czy jego własny. Nastał marzec, nie było czasu na nic, nawet na nasze przekomarzanie- zaczęły się play offy, a z ogromu pracy prawie się z Sebastianem nie widywaliśmy. Ja zwiększyłam obroty jako klubowy psycholog, bo nastała pora na terapie grupowe odnośnie radzenia sobie z presją oraz sesje indywidualne. Miałam lekki zawrót głowy, bo przychodzili do mnie wszyscy- wszyscy, oprócz Bastiana.
- Czemu omijasz mój gabinet szerokim łukiem?- zapytałam podczas jednego z nielicznych wieczorów, gdy siedzieliśmy na kanapie i oglądaliśmy telewizję. W normalnych warunkach już od godziny chrapalibyśmy grzecznie w łóżku, lecz chłopaki dostali dzień wolnego przed ćwierćfinałowymi meczami z Perugią.
- Mam cię na co dzień, poza tym, nie czuję zbyt wielkiej presji- wzruszył ramionami i zaczął bawić się moimi włosami.
- W Internecie czytałam, że jesteś bardzo impulsywnym graczem i nie bardzo radzisz sobie ze stresem.- wyznałam, nieco rumieniąc się z powodu tych detektywistycznych zapędów. Sebastian zaśmiał się cicho.
- Śledzisz mnie?- posłał mi figlarny uśmiech, aby pokazać, że wcale się nie gniewa.- Kiedyś tak było, ale teraz jest zupełnie inaczej. Nie mam problemów z presją- odparł ze stoickim spokojem wypisanym na twarzy.
- A co takiego się nagle zmieniło?- zaciekawiłam się, nie bardzo wierząc w jego zapewnienia.

- Mam wrażenie, że to dzięki tobie. Po prostu gdy pomyślę o tym, że jesteś przy mnie i mnie wspierasz, całe napięcie gdzieś ulatuje. Jesteś moją szczęśliwą maskotką!- zażartował, wtulając policzek w moje włosy. Uśmiechnęłam się delikatnie. Zabawne, bo ja czułam dokładnie to samo. Mimo tej sielanki bałam się każdego dnia, że coś zacznie się psuć. Bałam się, że znowu znudzimy się sobą, że to „coś” między nami nagle pryśnie jak mydlana bańka. A co, gdy znowu zapyta, czy go kocham? Przecież ja nadal sądzę, że miłość nie istnieje i chyba nic tego nie zmieni. Nawet tak wspaniały facet jak Sebastian.
___________________________________________
Możecie się na mnie obrazić, zwyzywać, czy co tam chcecie. Mam bardzo pracowity czas aktualnie w szkole i poza szkołą, poza tym rodzinnie też dużo rzeczy się nawarstwiło. Dzisiaj informuję tylko na fejsie.
Wiem, że obiecałam, że wszystko ponadrabiam, ale musicie mnie zrozumieć. Chcę już skończyć tę historię, żeby zrobić sobie kilka tygodni przerwy i wejść ze świeżą siłą w nowy projekt, który jest nieco luźniejszy i wprost nie ocieka obleśną miłością, jak ten tutaj.
Wymarzłam okropnie dzisiaj stojąc w poczcie sztandarowym, chyba znowu będę chora.
Pan Tadeusz jest głupi, a gdy jadę na Łuczniczkę, to zawsze trafiam na emocjonujące spotkania, tak jak to piątkowe z Zaksą.
Jeszcze raz przepraszam. Wiem też, że oglądalność spadnie, ale nie mogę na to poradzić.
Matko, nieskładnie bardzo dzisiaj. Przepraszam, dziękuję, dobranoc :)

niedziela, 3 listopada 2013

Veinticuatro

- Jaką niespodziankę?- zainteresowałam się, pociągając nosem.
- Bardzo miłą- odparł, a ja kopnęłam go lekko w kolano.
- Okazało się, że psycholożka w Trentino poszła na roczny urlop macierzyński. Dowiedziałem się dzisiaj rano i załatwiłem ci pracę.- wyznał zadowolony, a ja wpatrywałam się w niego z otwartymi ustami. Mój radosny pisk i rzucenie mu się na szyję chyba wystarczyło jako optymistyczna odpowiedź.
- Jeśli dasz mi tam trochę czasu, to pokażę ci, co znaczy kochać.- szepnął mi prosto do ucha, a ja wtuliłam się w jego pierś. Nagle wszystko zaczęło się układać. No, prawie wszystko. Bo ja nadal nie potrafiłam pokochać, tak bardzo bałam się odrzucenia.
Dziadek zawsze mówił, że kocha mnie najmocniej na świecie. Brał mnie wtedy w ramiona i kręcił młynek nad głową, a ja śmiałam się jak opętana. Miałam wtedy cztery lata i to jedyne wspomnienie, jakie zapamiętałam. Nie licząc jego wątłej postaci trzy lata później, gdy musieliśmy po raz ostatni się pożegnać. Powiedział, że kocha mnie całym swoim sercem i nigdy mnie nie zostawi. Dzień później odszedł. To samo było z babcią, która z troską wycierała ściereczką w kaczorki moją umorusaną i zaczerwienioną od płaczu buzię, gdy spadłam ze schodów i wybiłam sobie dwa przednie mleczaki. Pocałowała mnie wtedy w czoło i utuliła do snu. Powiedziała wtedy, że miłość może przezwyciężyć wszystko, a jej piękny włoski akcent utkwił mi w pamięci przez wiele lat. Rok później musiała nas opuścić. A ojciec? Ten sam, który pomagał mi rozwiązywać zadania z matematyki, ten, który oglądał ze mną bajki i tłumaczył mi zasady moralności? On złamał je wszystkie naraz i nas zostawił, mnie, mamę i Oskara. A przecież mówił, że jestem jego najukochańszą córeczką i że zawsze będziemy razem. Może właśnie dlatego nie potrafiłam kochać? Bo to uczucie od zawsze kojarzyło mi się z bólem,  porzuceniem i samotnością.
- Nad czym tak rozmyślasz?- zapytał Sebastian, delikatnie chwytając moją dłoń.
- Nad niczym szczególnym- odparłam, posyłając mu ciepły uśmiech. Podróż z Rio do Trydentu minęła nam wyjątkowo szybko, bez zbędnych niespodzianek. Stresowałam się ogromnie przed pierwszą wizytą w klubie, chyba nawet bardziej niż tego pamiętnego dnia w siedzibie Skry, od którego to wszystko się zaczęło. Po całej hali Sebastiana oprowadził nowy kolega z drużyny, Emanuele Birarelli, który kazał sobie mówić „Bira”, bo jak wesoło stwierdził: „Tak jest krócej i szybciej”. Do wycieczki dołączyłam się ja, bo propozycja Włocha nieco pomogła mi w zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu.
- Tu macie naszą szatnię, korytarz dalej szatnię gości. Na samym początku, tu, przy recepcji, ale dwa pokoje dalej znajduje sklep z pamiątkami, siedziba związku, pokój trenera i psychologa drużynowego, czyli… Twój- spojrzał na mnie z uśmiechem, a ja odpowiedziałam mu tym samym. Na tym kończyła się nasza wycieczka.
- Więc ja się rozgoszczę, a wy lećcie na trening- powiedziałam optymistycznie i otworzyłam swój nowy gabinet kluczami, które dostałam od prezesa. Emanuele znika za rogiem, a Sole obejmuje mnie w pasie.
- Nie wiedziałem, że tak świetnie mówisz po włosku- dziwi się, wtulając nos miękki materiał mojego swetra. Odwracam się i przygryzam dolną wargę.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz- uśmiecham się figlarnie, a w jego oczach pojawiają się wesołe iskierki.
- Seba, idziesz?- z oddali słychać głos Birarelliego, a Sebastian krzywi się nieznacznie. Odkrzykuje krótkie „Za chwilę!” i znów zwraca się do mnie.
- Później o tym porozmawiamy- mówi i składa delikatny pocałunek na moich ustach. Przyciągam go do siebie i oddaję ten gest ze zdwojoną siłą. To przecież nie moja wina, że w zetknięciu z jego wargami staję się nagle taka zachłanna! Argentyńczyk odsuwa się ode mnie i kręci głową z udawaną dezaprobatą.
- Nie teraz, Bella- upomina, obdarowując mnie soczystym całusem w czoło.- Do zobaczenia po treningu!- dodaje na odchodne i zamyka za sobą drzwi. Wzdycham głęboko i uśmiecham się do siebie. Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie dobrze.
Poznałam wszystkich członków drużyny, ale najlepszy kontakt złapałam z wcześniej wspomnianym Birą i Tsvetanem Sokolovem. Ten pierwszy miał do mnie stosunek bardziej jak do siostrzyczki, aniżeli koleżanki z pracy, a Bułgar był tak roztrzepanym dzieciakiem, że to ja traktowałam go jak młodszego brata, mimo tego, że był przecież ode mnie nieco starszy. Porozumiewałam się z nim po włosku, bo ja po bułgarsku nie znałam ani słowa, a z kolei angielski nie był jego najmocniejszą stroną. Mieliśmy wiele wspólnych tematów, chociaż ja traktowałam jego szalone pomysły z dozą pobłażliwości. Któż by przypuszczał, że taki filar drużyny w życiu osobistym potrafi być tak zwariowany? Codziennie opowiadał mi o swojej nowej miłości, którą spotkał rano- idąc na trening, do sklepu, czy jadąc metrem. W duchu śmiałam się z jego miłostek, lecz za każdym razem starałam się podejść do nich bardzo poważnie. W bardzo prosty sposób zaprzyjaźniliśmy się ze sobą i spędzaliśmy razem trochę więcej czasu niż z innymi kolegami z drużyny. Tsvetan miał wiele wad- był bardzo impulsywny i roztrzepany, czułam, że muszę cały czas go pilnować, jak małego dziecka. Poza tym był ogromnym bałaganiarzem! Nie wiem, jak inni zawodnicy z reprezentacji przeżywali tę jego tendencję na zgrupowaniach. Ale miał poczucie humoru i potrafił mnie rozbawić- może nie tak bardzo jak Sebastian, ale ogromnie cieszyłam się, że udało mi się tutaj kogoś poznać. Po kontuzji mojego chłopaka (przez chwilę smakowałam brzmienie tego słowa w moich ustach i aż się zdziwiłam, jak wielką sprawia mi to przyjemność) nie pozostał nawet ślad, a od naszego pobytu tutaj zgarnął już dwie statuetki MVP, co jak na środkowego było ogromnym osiągnięciem. Mieszkaliśmy w małym mieszkanku niedaleko hali, z jedną sypialnią, kuchnią, łazienką i salonikiem. Ostatnio coraz częściej odzywał się we mnie włoski temperament, a jego latynoska natura również dawała nam w kość. Nasze awantury zawsze opływały w ogromną pasję, zaciętość i intensywność. Już kilkakrotnie wyrzucałam jego rzeczy na klatkę schodową za byle głupotę, oboje tłukliśmy talerze ze złości, zbijaliśmy szklanki, a darliśmy się przy tym jak opętani. Kłóciliśmy się w czterech językach- po hiszpańsku, angielsku, włosku i po polsku.
- You are an asshole!- wrzasnęłam mu prosto w twarz, sama nie pamiętając już z jakiego powodu.
- Tu sei donna pazza!- odparował, zaciekle gestykulując, a ja aż zagotowałam się ze złości. Nie miał prawa nazywać mnie wariatką.
- Tu eres muy tonto!- wytknęłam mu, na co Sebastian aż zmrużył oczy. Podszedł do mnie i złapał za nadgarstki, a ja wypuściłam przy tym dzierżoną przez siebie szklaną butelkę. W sumie i lepiej- trener zabiłby mnie, gdyby Sebastianowi coś by się stało przed play-offami.
- Może i głupi, ale to dla temu, bo tak bardzo cię chcę- szepnął łamaną polszczyzną, całując mnie w czoło.
- Palant- fuknęłam, uśmiechając się pod nosem.
- Te quiero, mi amor- wyznał, gdy nasze usta dzieliły milimetry. Musnął językiem moją szyję, a ja z cichym jękiem wplotłam mu palce we włosy. Nogami otoczyłam go w pasie, przygważdżając do jednej z kuchennych szafek. Całowaliśmy bez opamiętania, tak, jakbyśmy nie widzieli się od lat, a buzujące w nas emocje jeszcze potęgowały tę namiętność. A potem i tak wylądowaliśmy w łóżku. Znowu, bo takie „kłótnie” miały miejsce średnio raz w tygodniu.
Mimo temperamentów i trudnego charakteru nasz związek był niezwykle harmonijny i spokojny, nie licząc oczywiście tych chwilowych wybuchów. Chyba oboje lubiliśmy się kłócić, nigdy tak naprawdę nie obrażaliśmy się na siebie, żadne nie podniosło na drugie ręki. To była jakaś rozrywka, wyładowanie gromadzących się przez cały tydzień emocji. Inne pary obrażałyby się na siebie miesiącami, ale u nas „ciche dni” były po prostu nie do pomyślenia. Dopełnialiśmy się idealnie, żyliśmy w takiej symbiozie, że radość biła od nas na kilometr. Znajomi śmiali się, że szykuje się rychły ślub. Zawsze wtedy zmieniałam temat. Wciąż miałam wiele wątpliwości co do naszych relacji. A Sebastian z każdym dnia starał się jak najmocniej, żebym zrozumiała, co znaczy miłość. Nie miałam serca powiedzieć mu, że to uczucie to w moim mniemaniu największe zło, które przywodzi na myśl najgorsze skojarzenia.
- Mała, zabieram cię dzisiaj na imprezę!- oznajmił Sole, zaraz po zamknięciu drzwi wejściowych. Sprzedał mi całusa w policzek, a mnie zrobiło się gorąco- to pewnie od stania przy garach. Godzinę temu wróciłam z pracy, a Sebastian właśnie skończył popołudniowy trening. Jego kruczoczarne włosy pachniały kokosowym szamponem, a w domu roznosiła się słodka woń perfum
- Jaką imprezę?- zaciekawiłam się, mieszając gotujący się makaron- byliśmy we Włoszech, wypadało od czasu do czasu ugotować coś lokalnego.
- Przyjeżdża kilkoro chłopaków z Maceraty, chcą przenocować u Biry przed meczem.- wyjaśnia, a ja uśmiecham się półgębkiem.
- Muszę się ładnie ubrać?- pytam z powątpiewaniem, a on śmieje się tubalnie.
- Jak dla mnie to możesz iść tak jak teraz jesteś- nosem muska moją szyję, a ja parskam, patrząc na swoją umazaną sosem do spaghetti niebieską bokserkę i szare spodnie od dresu.
- Myślę, że to nie przejdzie- odpowiadam z teatralnym westchnieniem.
- Będą przystojni faceci…- próbuje mnie przekonać, a ja udaję, że się zastanawiam.
- Chyba mnie masz. Mam już dość oglądania twojego paskudnego pyska…- wyżaliłam się, a on aż zachłysnął się powietrzem.
- Jak śmiesz!- wykrzyknął, dźgając palcami moje żebra. Wywijam się zręcznie i grożę mu łyżką.
- Nie zbliżaj się do mnie!- krzyczę ze śmiechem, a on doskakuje do mnie niczym tygrys, polujący na swoją zdobycz. Wyrywam się z dzikim piskiem, a on zaczyna gonić mnie po całym pokoju- znowu zachowujemy się jak dzieci! W końcu chwyta mnie w pasie i zachłannie szuka moich ust, lecz ja daję się tylko pocałować w nos.
- Makaron mi się rozgotuje- mówię, uśmiecham się niczym mały chochlik i zostawiam go oniemiałego na środku salonu.


- Nowy nabytek Maceraty powinien się zjawić za kilka minut- mówi podekscytowany Ivan, a ja marszczę brwi. Siedzimy na kanapie u Birarelliego, popijając wino i zapoznając się nawzajem. Do Biry przyjechali Ivan Zajcew, Simone Parodi i Dragan Stanković. Kolejny „tajemniczy gość” miał się zjawić lada chwila. Z nowymi znajomymi szybko złapałam niezły kontakt, a moje serce skradł szczególnie Simone, który mimo swojej nieśmiałości był bardzo miły i zabawny. Wszyscy w klubie już wiedzieli, że jesteśmy razem z Sebastianem, więc nie widzieliśmy sensu ukrywać tego faktu przed osobami spoza Trento.
- A któż to taki?- zagajam, mieszając płyn w kieliszku. Zajcew uśmiecha się tajemniczo.
- To niespodzianka!- odpowiada tylko i udaje, że zamyka buzię na klucz.
- Ale czemu pojawia się w środku sezonu?- dociekałam, upijając łyk z kieliszka.
- Podobno miał jakieś problemy w poprzednim klubie, a nam akurat zwolniło się stanowisko przyjmującego… I jakoś tak wyszło- rozłożył bezradnie ręce, posyłając mi szeroki uśmiech.
Nagle rozdzwonił się telefon Argentyńczyka i musiał przeprosić nas na chwilę. W tym samym momencie Emanuele zaciągnął mnie (jako jedyną kobietę w tym radosnym gronie) do kuchni, żeby posprawdzać, czy wszystko w porządku z kurczakiem, bo on „zupełnie nie ma do tego głowy”. Gdy wyjmowałam naczynia z szafki, zadzwonił dzwonek do drzwi. Włoch przeprosił mnie na moment i popędził otworzyć. W progu ktoś przywitał się wesoło, a w salonie powstała niemała wrzawa. Męskie grono było już nieco podpite (do wina dolali sobie widocznie coś mocniejszego- taki ichni zwyczaj), więc dali gościowi wolną rękę i wrócili do swoich pijackich zabaw.
- Gabi! Gabi, chodź tu do nas!- nalegał Zajcew, na co uśmiechnęłam się pod nosem.
- Już pędzę! Ktoś tu musi was nakarmić!- odkrzyknęłam, rozkładając sztućce. Wtem w pomieszczeniu zgasło światło, a ja zamarłam w pół ruchu.
- Nie strasz mnie- szepnęłam po hiszpańsku, czując, że Sole znów chce zrobić mi dowcip. Ciemna postać podeszła bliżej i zacisnęła ręce na blacie, przygważdżając mnie tym samym do kuchenki. Mężczyzna posłał mi specyficzny uśmiech, a w jego oczach zalśniły złośliwe ogniki. Coś było nie tak. To nie był mój Sebastian. Wciągnęłam gwałtownie powietrze.

- Cześć żabciu, stęskniłaś się za mną?

___________________________________________
Hejka! Mamy mały poślizg, bo miałam dodać rozdział w sobotę, ale kompletnie nie miałam do tego siły. Z tego opowiadania robi się coraz bardziej jakiś pseudoerotyczny Zmierzch, a ja zdecydowanie nie chcę, żeby tak było. Więc pomieszałam trochę i pragnęłam wprowadzić odrobinę grozy, ale nie wiem, czy wyszło. Chyba wiecie, kto pojawił się nagle we Włoszech, prawda? :)
Na razie nie mam na nic czasu, bo głupia jestem i zamiast uczyć się w piątek albo sobotę to wszystko zostawiam na dzisiaj. I przez to nie obejrzę finału BNP Paribas Masters. Kogo ja oszukuję, pewnie i tak go obejrzę... Głupia geografia! 
I jeszcze trochę więcej prywaty: inaugurację tego "mojego" sezonu ligowego uważam za udaną! Warto było jechać półtorej godziny na halę, bo wygrałyśmy z gospodarzami 3:1 :) No i czekam oczywiście na gratulacje :D A jutro jeszcze sparing mi dochodzi, no taka szaleńczo zalatana jestem- nadrobię może w czwartek albo piątek. Obiecuję! Dzisiaj naprawdę nie mam czasu i nie wiem, czy zdążę wszystkich powiadomić, więc wybaczcie za brzydki spam :)
Jeszcze tylko dwa rozdziały i epilog! Szczerze mówiąc, już nie mogę doczekać się końca. Już mam w głowie inny projekt, bo bardzo wciągnęłam się w Mroźną Rosję i w tamtym kierunku teraz działam.
I w dalszym ciągu zapraszam na fejsa, gdzie informuję o nowych rozdziałach.
I taka mała prośba ode mnie- nie będę robiła tych ograniczeń komentarzy, ale miło by było, gdyby przez te ostatnie 4 rozdziały (łącznie z tym), które nam zostały, ujawnilibyście się wszyscy Ci, którym chociaż trochę ta historia się podobała. Możecie nawet i w ostatnim rozdziale, byle bym wiedziała, że jest sens dalej pisać.
Całusy i do następnego! :*

piątek, 25 października 2013

Veintitrés

Ta nocna kawa to był naprawdę zły pomysł. Głupia myślałam, że gdy dodam do niej nieco mleka, to kofeina w ogóle się nie odezwie. A tak, liczyłam już sześćset osiemdziesiątą trzecią owcę i krew zalewała mnie z bezsilności. Niechciane myśli tłukły się po mojej głowie niczym rój wściekle brzęczących os, a ja za nic nie mogłam się od nich odpędzić. Mama, Facundo, Oskar, Andrzej, Tata, Maciek, macocha, Karol… Co chwila w umyśle pojawiały się nowe twarze, a każda z nich była powodem do zmartwień. Jak młodszy brat radzi sobie bez wsparcia siostry? Czy mama nie martwi się o mnie, gdy dzwonię tylko raz na trzy tygodnie? Jak ojciec czuje się po tym, jak uświadomiłam mu zdradę? A może Conte przejrzał na oczy? Ciekawe, czy Andrzej za mną tęskni. Albo Maciek. Albo Karol. Nie potrafiąc znieść tych obijających się o czaszkę myśli, zdenerwowana podniosłam się z łóżka i na palcach ruszyłam do sąsiedniego pokoju. Usiadłam na skraju łóżka Argentyńczyka i wsłuchiwałam się w jego miarowy oddech.
- Sebastian…- szepnęłam, lekko trącając jego ramię. Głośno mlasnął i otworzył lewe oko.
- Już rano?- zapytał, głosem tłumionym przez poduszkę.
- Nie. Nie mogę spać- jęknęłam żałośnie, a on otworzył drugie oko. Odchylił kołdrę i przesunął się na drugi koniec łóżka.
- No to wskakuj- zaproponował, a ja bez szemrania ułożyłam się koło niego. Strasznie zmarzły mi stopy.- Ale masz zimne macki!- wzdrygnął się, na co wypięłam mu język.
- A ty jesteś brzydki!- odparowałam, kładąc się plecami do niego. Zaśmiał się prosto w moje jeszcze wilgotne po kąpieli włosy.
- Felices sueños - szepnął mi na dobranoc i dłonią otoczył mnie w talii. Ułożyłam głowę na poduszce i zamknęłam oczy. Jego ciepły, słodki oddech działał na mnie uspokajająco. Zasnęłam chyba po trzydziestu sekundach.
Nie wiem jak to się stało, ale po tygodniu łóżko w moim pokoju było zupełnie niepotrzebnym meblem zajmującym mieszkanie. Oboje z zaskoczeniem uznaliśmy, że dużo lepiej śpi nam się razem, bo nie mamy wtedy żadnych problemów z zaśnięciem. Poza tym, jaka to oszczędność pościeli! Jakimś trafem przeszliśmy z tym do porządku dziennego i żadnemu z nas nie wydawało się to w żadnym stopniu dziwne.
Pewnego styczniowego poranka obudziłam się w łóżku sama. Sebastian najpewniej był już na rehabilitacji, co później wywnioskowałam po zostawionej na jego poduszce karteczce. Wstałam i zagotowałam kawę w czajniku- z przyzwyczajenia, jak zawsze dla dwóch osób. Zabawne, że ostatnio wszystko robiłam dla nas, nie dla siebie. Musiałam się powstrzymać, żeby nie zrobić sobie podwójnej liczby kanapek i rozłożyć drugiego nakrycia przy stole. Naprawdę osobliwie było nie jeść razem śniadania. Spojrzałam na zegarek. Była dziewiąta, a Sole zazwyczaj zaczynał leczenie dopiero o jedenastej. Zdenerwowana postukałam palcami o blat stołu. Przecież nie miałby mnie po co okłamywać, prawda? Zresztą, to jego życie. Czym ja się martwię? Po dwóch godzinach, gdy posprzątałam po śniadaniu, odprawiłam poranną toaletę i ubrałam się odpowiednio do nastroju, drzwi otworzyły się z trzaskiem.
- Hola, Bella!- przywitał się Bastian, na co ja odpowiedziałam cichym mruknięciem. Naprawdę wciągnął mnie program przyrodniczy dotyczący wędrówek słoni. Zgasił światło palące się w łazience, które zapomniałam wyłączyć. Podszedł do telewizora, oparł się o kanapę i położył brodę na czubku mojej głowy.
- Co słychać?- zapytałam, nie odrywając wzroku od ekranu.
- Nic szczególnego, skończyłem rehabilitację- mruknął, bawiąc się moimi włosami. Gwałtownie odwróciłam się w jego stronę.
- Naprawdę? To wspaniale!- wykrzyknęłam uradowana, lecz po chwili uśmiech zupełnie zniknął mi z twarzy. To przecież oznaczało, że musimy się pożegnać, bo on wraca do Włoch, a ja najprawdopodobniej do Polski. Mieszkanie było zbyt drogie, żebym mogła je utrzymać sama. Zresztą… Bez niego to już nie będzie to samo.
- Za tydzień wyjeżdżam.-oznajmił ze strapioną miną. Przez kilka minut wpatrywaliśmy się w siebie w głuchej ciszy. Zabawne, tak bardzo się przywiązałam, że na chwilę obecną nie dopuszczałam do myśli tego, że kiedyś nasze drogi się rozejdą.- Co powiesz na ostatnie tango?- zapytał ze smutnym uśmiechem, a ja nagle zapomniałam o wszystkim, a moim ciałem wstrząsnął przyjemny dreszcz. Ale… Czy to miało sens? On odjeżdżał, nasze drogi się rozchodziły. Poza tym, byliśmy tylko przyjaciółmi. A tamten wieczór w Akademii Tańca był tylko jednorazowym wyskokiem. Więc czemu stałam teraz na środku pokoju, patrząc jak wkłada płytę do odtwarzacza i ustawia numer piąty? Czemu nie ruszyłam się z miejsca, gdy chwycił moją dłoń, a drugą rękę położył na plecach? A gdy wcisnął PLAY, nie liczyło się już nic. Tylko nasze ciała, złączone w namiętnym tańcu. Krążyliśmy po pokoju zacięcie, nic nie robiąc sobie z dzwoniącego telefonu, brzęczącego telewizora, czy tego, że ja miałam a sobie spodnie od dresu i rozciągniętą bluzkę, a on bosymi stopami szurał po dywanie. Byliśmy już tylko my i kolejne piosenki, wszystkie wylane tęsknoty, chwile niepewności i zwątpienia. Każdy uśmiech, każdy dotyk, każde zmierzwienie włosów i każdy pstryczek w nos. Nie wiadomo kiedy pełne pasji tango przerodziło się w namiętne i coraz bardziej zachłanne pocałunki. Miłość nie istnieje, miłość nie istnieje. Więc czemu tak bardzo go pragnę? Mojego najlepszego przyjaciela, którego zawsze traktowałam jak najukochańszego misia z dzieciństwa, do którego mogłabym się przytulić w każdej trudnej dla mnie chwili. Najlepszego przyjaciela, z którym razem myłam zęby codziennie rano, śpiewając przy tym piosenki z ulubionych musicali, jadłam każdy posiłek, dzieliłam się każdym sekretem, oglądałam brazylijskie telenowele, jadłam lody czekoladowe i podczas oglądania horrorów chowałam się w jego ramionach. Najlepszego przyjaciela, z którym spałam w jednym łóżku. Przyjaciela, którego uśmiech od jakiegoś czasu przyprawiał mnie o szybsze bicie serca, jego dotyk, który- mimo tego, że tak częsty- nie był tym, którego chciałam. Łapczywymi ruchami zdarłam z niego T-shirt, a on zręcznie pozbył się mojej koszulki i spodni. Stopniowo przenosiliśmy się do jego sypialni. W amoku nie zwracaliśmy uwagi na nic. Nie przeszkadzało nam to, że był środek dnia, że stłukliśmy lampkę nocną, że zarwało się łóżko. Byliśmy tylko my i nic nie było w stanie tego zatrzymać. Mam nadzieję, że sąsiedzi mieli taki sam stosunek do naszych głośnych jęków. Kochaliśmy się z ogromną pasją, jakby to miał być nasz zarówno pierwszy jak i ostatni wspólny raz. Moje długie paznokcie zostawiały krwawe smugi na jego plecach, a jego silne dłonie były w każdym miejscu na moim ciele. W naszych pocałunkach było tyle chciwości, sprawialiśmy oboje wrażenie, jakbyśmy czekali na ten moment całe życie albo- takie było moje wrażenie- odkąd pierwszy raz spojrzeliśmy sobie w oczy, wtedy, w kieleckim barze. Chwilę największego uniesienia osiągnęliśmy niemal jednocześnie. Po wszystkim opadliśmy wyczerpani na poduszki. Zarwane łóżko jęknęło głośno w proteście, na co wybuchliśmy głośnym śmiechem. Sebastian odnalazł ręką moją dłoń i przyciągnął mnie do siebie, po czym z uśmiechem pocałował w czoło. Odpowiedziałam całusem w kącik ust. To wszystko było takie… Nasze, własne. Wspólne.
Przez następne dni nie odstępowaliśmy siebie na krok, nie licząc ostatnich dwóch badań Sebastiana, w czwartek i piątek. W niedzielę mieliśmy się rozstać. Piątkowego popołudnia jak co dzień wszedł do domu o piętnastej, a ja jak co dzień siedziałam na kuchennym blacie i rozwiązywałam krzyżówkę. Podszedł i objął mnie w pasie, obdarowując pocałunkami moją szyję. Żaden mężczyzna nie trafił nigdy w ten czuły punkt, żaden nie całował mnie w ten sposób. Żaden z nich nie miał o tym pojęcia. A on? On wiedział od razu, czuł, jak drży całe moje ciało, gdy po raz kolejny muska ustami moje ucho, zmierzając językiem coraz niżej i niżej, w końcu zatrzymując się na obojczyku i jadąc znów do góry.
- Jak ci minął dzień?- zapytał, nie przerywając tej czynności.
- Zanim przyszedłeś, to myślałam, że dobrze, ale teraz mogę uznać, że beznadziejnie- odparłam, odwracając się i wplatając palce w jego włosy. Znów połączyliśmy się w gorącym pocałunku.
Jak to w końcu jest z tą miłością? Przecież miłość nie istnieje. Jest przyzwyczajenie, pożądanie, jest zazdrość, jest przywiązanie i poczucie empatii. Więc czemu nie potrafię tego Sebastianowi powiedzieć? Bo boję się odrzucenia? Bo nie chcę, żeby cierpiał? Ale kiedyś to powie, powie, że mnie kocha. I co ja mu na to?
- Kocham cię- szepnął, gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie. No, to wywołałam wilka z lasu. Chłopak  nie patrzył na mnie wyczekująco, nie czekał na odpowiedź. Wszystko zobaczył w moich oczach.- I nie mów, że miłości nie ma- dodał, przyciskając palec wskazujący do moich ust.- Ja ci pokażę, że jest. Bo ty mnie kochasz. Tylko jeszcze o tym nie wiesz.- wyjaśnił, a ja przybrałam smutną minę.
- Za dwa dni się rozstajemy, jaki jest sens to ciągnąć?- zapytałam płaczliwie.- Wyjedziesz, a ja znowu będę porzucona. I znów będę potrzebowała mnóstwa czasu, aby zagoić nowe rany. A potem znów kogoś spotkam. I on też mnie zostawi. Czy to nie jest błędne koło?- prawie krzyczałam, a w moich oczach pojawiły się łzy. Łzy pełne goryczy, żalu i bezradności. Tak bardzo chciałam, żeby ze mną był…
- Nigdy cię nie zostawię- szepnął, opierając czołem o moje czoło.
- Nie mów tak- wyrwałam się, gdy próbował chwycić moją dłoń- To tak samo puste słowa jak „Kocham Cię”.- chłopak ciepłymi pocałunkami starł słone krople spływające po policzkach. Ostatnio płakałam aż za często.
- W takim razie obiecuję ci tylko to, że nie rozstaniemy się w niedzielę.
- Jak to?- zapytałam, nie wykazując cienia entuzjazmu. Oczekiwałam raczej odpowiedzi „Bo wyjeżdżam we wtorek”, aniżeli czegoś lepszego.

- Bo mam dla ciebie niespodziankę- oznajmił z tajemniczą miną, cmokając mnie w czoło.
____________________________________________________
Misiaki! Zaniedbuję Was strasznie i ogromnie mi z tego powodu wstyd. Dzisiaj wszystko nadrobię!
Nie mam zamiaru robić ograniczeń komentarzy, rozdziały będą się pojawiały najprawdopodobniej w weekendy, postaram się co tydzień. Zostały nam jeszcze tylko 3 części i epilog, wiecie? Ale przypominam, że w trzech rozdziałach naprawdę wiele może się zdarzyć...
Przepraszam jeszcze raz i mam nadzieję, że będziecie się ujawniać, mimo tego, że limit komentarzy jest zniesiony- źle się czułam, tak Was szantażując :D
A gdy skończymy, to serdecznie zapraszam na coś nowego, zupełnie innego, idealnego na zbliżającą się zimę. Innymi słowy po zakończeniu un-poco-de-amor zapraszam Was serdecznie na mojego nowego bloga:  bardzo-mrozna-rosja.blogspot.com - na razie możecie zapoznać się z głównymi bohaterami, którzy na stronie już są.
Całusy! :*
Ah, no i jeszcze coś bardzo ważnego! Dziękuję ogromnie Faith za ten rekord, który chyba rzeczywiście ustanowiła, jeśli chodzi o długość komentarza. Dla takich chwil chce się pisać! :D

piątek, 11 października 2013

Veintidós

Rodzice zawsze mówili, że jestem stworzona do podróżowania, do zwiedzania świata. Gdy w wieku gimnazjalnym raz w miesiącu kursowałam między Warszawą a Veroną, tylko w samolocie czułam się bezpiecznie- co za ironia! Byłam przecież kilometry nad ziemią, czyli powinnam odczuwać większe zagrożenie. Było wręcz odwrotnie, bo byłam zupełnie sama. W powietrzu nie liczyło się, do kogo należę bardziej- do mamy i babci, czy do taty. Moja babcia, Cecilia, była rodowitą Włoszką. Urodziła się w Veronie, gdzie poznała pracującego tam kelnera- mojego dziadka. Z tego związku zrodziła się moja mama, która wyjechała na stałe do Polski i poznała tam swojego męża, a mego ojca. Urodziłam się ja, urodził się Oskar, a po kilkunastu latach związku coś zaczęło się między nimi psuć. Mama wróciła do Włoch, zabierając dzieci ze sobą. Rozwiedli się w wielkim hukiem, a rodzicielka dopiero po sześciu latach odważyła się wrócić do kraju. Miałam wtedy szesnaście lat i zostałam posłana do jednego z warszawskich liceów. Nikomu nigdy nie mówiłam o swoich korzeniach, bo jakoś nie było ku temu okazji, a i ja nie miałam na takie wspomnienia ochoty. Kątem oka zerknęłam na pochrapującego cicho z boku mojego kompana. Sebastian podróż znosił dużo gorzej ode mnie. Chwilowe turbulencje odebrały cały koloryt z jego twarzy, a ponad dwie godziny wiercenia się sprawiły, że wreszcie zasnął, nadal blady niczym śmierć z głową ułożoną na moim ramieniu. Nie miałam serca go budzić, więc podziwiałam panoramę za oknem, lekko bujając się w rytm piosenki płynącej z mojego odtwarzacza. Ciężko westchnęłam i zamknęłam oczy. Czekało nas jeszcze piętnaście godzin podróży.
Wschód słońca nad oceanem był cudownym widokiem. Byłam tak zachwycona tą scenerią, że zupełnie nie zważając na Sole cichutko pochrapującego na moim ramieniu, radośnie przykleiłam nos do szyby. Sebastian sapnął niemrawo i przetarł oczy.
- Gdzie jesteśmy?- zapytał, głośno ziewając.
- W samolocie.- odparłam zdawkowo, a on przewrócił oczami.
- Bardzo śmieszne!- przeciągnął samogłoskę „a”, aby pokazać, że wcale go moje słowa nie rozbawiły.
- Zostały nam jeszcze trzy godziny- sprecyzowałam, na co mój przyjaciel uśmiechnął się zadowolony.
- Spałem prawie całą drogę!- oznajmił ucieszony, a ja odwróciłam wzrok od szyby i posłałam mu sceptyczne spojrzenie.
- Słyszałam- mruknęłam z naciskiem, na co on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Jego chrapanie może nie postawiło na nogi całej załogi, ale było słyszalne, szczególnie kiedy spał tuż przy mojej twarzy. Tym razem to chyba ja usnęłam, bo poczułam ciepły powiew tuż przy uchu. Otworzyłam jedno oko i ze zdziwieniem spojrzałam na Bastiana.
- Bardzo subtelnie- uśmiechnęłam się zaspana, zdawszy sobie sprawę, że na „pobudkę” chłopak dmucha prosto do mojego ucha. W odpowiedzi rozczochrał moje i tak nieułożone włosy.
- Za dwie minuty lądujemy- poinformował mnie i polecił zapiąć pasy. Gdy zniżaliśmy się do lądowania, z jego twarzy zniknęła cała ta nonszalancja. Chłopak zdenerwowany przełknął ślinę, a mnie było go ogromnie żal.
- Nie wiem, jak udało ci się dotrzeć w pełni sił na te wszystkie Mistrzostwa i inne imprezy. Przecież często latasz samolotem, nie powinieneś się przyzwyczaić?- zapytałam, związując na nowo włosy.
Zielonkawy odcień jego twarzy był zdaje się najlepszą odpowiedzią. Gdy wylądowaliśmy, odetchnął z ulgą.
Bez problemu odnaleźliśmy swoje bagaże i zamówiliśmy taksówkę. Argentyńczyk podał kierowcy kartkę z adresem i usadowił się wygodniej na tylnym siedzeniu.
Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze czteropiętrowego apartament owca. Wnętrze było urządzone bardzo nowocześnie, z dobrym smakiem. W domu były dwie sypialnie z małżeńskimi łóżkami w środku, kuchnia, salon i łazienka z prysznicem oraz wanną.
- Ładnie tu- przyznałam, stawiając walizkę w wybranym przez siebie pokoju. Ściany były pomalowane na fioletowo, a meble miały stalowy kolor.- Ale chcę zapytać na poważnie: dlaczego akurat Brazylia? Przecież wiem, że nie chodzi tutaj o sambę!
- Znalazłem tutaj najlepszego rehabilitanta, który pozwoli uporać mi się z kontuzją. Jak dobrze pójdzie, za trzy miesiące powinienem wracać do Włoch- na wzmiankę o swojej drugiej ojczyźnie drgnęłam.
- Czemu akurat tam?
- Podpisałem w zeszłym roku kontrakt z Trentino Volley, a prezesi postanowili go przedłużyć o dwa lata. Tylko to cholerstwo się przyplątało…- Wskazał głową na swój bark, pokazując, że to on jest miejscem urazu. Kiwnęłam głową na znak zrozumienia.
- Chyba pójdę się położyć. Jestem padnięta.- wytłumaczyłam i uśmiechnęłam się ciepło.- Dobranoc.


W Internecie wyczytałam, że Skra przegrała czwarty mecz z rzędu. Boże, czuję się, jakby to była moja wina. Już drugi tydzień nie dawałam znaku życia nikomu z klubu. Zupełnie zapomniałam, tyle było spraw na głowie, tyle rzeczy do obejrzenia! Wraz z Sebastianem codziennie wychodziliśmy na miasto, aby pozwiedzać. On od rana miał rehabilitację, a ja zajmowałam się domem i przygotowywaniem obiadów. Dzieliliśmy się czynszem po połowie, a z moich obliczeń wynikało, że dzięki oszczędnościom mogłabym tu pomieszkać jeszcze z pół roku. Czułam się w Rio wspaniale, otaczało mnie tyle dźwięków i barw, wszystko było nowe, piękne i kolorowe. Bardzo szybko podłapałam język- zresztą, okazało się to drugorzędną sprawą, bo wiele osób tutaj mówiło zarówno po hiszpańsku, jak i po angielsku. Zadzwoniłam do Andrzeja, a potem do Maćka. Nie odbierali, a gdy już miałam wykręcać numer do Karola, z przerażeniem stwierdziłam, że w Polsce jest przecież środek nocy. Przygnębiona odłożyłam słuchawkę. Sebastian zastał mnie z naburmuszoną miną na kanapie, obżerającą się lodami czekoladowymi z pudełka i oglądającą jakąś brazylijską telenowelę, z której (o zgrozo!) zaczynałam coraz więcej rozumieć.
- Co się stało?- zapytał zmartwiony, rzucając torbę w kąt.
- Enrique zdradził Julię z jej matką, a Francesca z miłości do niego rzuciła się z mostu. A Guiliame wreszcie wyznał całemu światu, że kocha Marco i oboje uznali, że nie mogą się więcej ukrywać. A to będzie prawdziwy cios dla Emanueli!- streściłam z przejęciem, a Sole parsknął śmiechem.
- O ciebie pytałem, głuptasie- sprecyzował, a ja spojrzałam na niego zbolałym wzrokiem.
- Skra znowu przegrała. I to z Częstochową- moje oczy były pełne łez, a chłopak doskonale wiedział, o co mi chodzi.
- Słońce! Przecież wiesz, że to nie jest twoja wina.- powiedział, siadając przy mnie i odgarniając mi włosy z czoła.
- Właśnie, że jest!- stwierdziłam histerycznie- Odkąd wyjechałam, cała drużyna się sypie, a ja nie potrafię robić nic innego, tylko ranić innych!- jęknęłam, chowając twarz w dłoniach.
- Więc to o to chodzi? Maleńka, ty nikogo nie ranisz. Cierpisz tylko ty, a to mnie najbardziej boli- odparł rezolutnie, a ja spojrzałam na niego zaszklonymi oczami.
- Naprawdę?- szepnęłam cichutko. Emanuela właśnie dowiadywała się o związku swojego syna z trzecim mężem.
- Tak. A teraz chodź, zabieram cię na lekcje tanga- oznajmił, ciągnąc mnie za rękę.
- Lekcje czego?- zapytałam zdziwiona, wpychając do ust ostatnią łyżkę lodów.
- Lekcje tanga. Taki taniec towarzyski, popularny w Argentynie…
- Ale obiecałeś mi sambę!- wytknęłam mu z pełną buzią.
- Jestem rodowitym Argentyńczykiem, więc będziemy tańczyć tango. No chodź!- pociągnął mnie znowu za nadgarstek.- Masz ubrać się w kieckę i szpilki. I masz piętnaście minut!- zakomenderował, a ja pędem ruszyłam do łazienki. Zupełnie zapomniałam o troskach, głowę zaprzątała mi tylko ta nagła propozycja. Sięgnęłam po czarną sukienkę ze zwężoną talią i wcięciem pod biustem. Do tego wybrałam czarne, niebotycznie wysokie szpilki. I wymalowałam się lepiej, niż na studniówkę. A gdy spojrzałam w lustro, trudno mi było w tym odbiciu poznać swoją starą, dobrą siebie z zapłakanymi oczami i nabzdyczoną miną. I nawet na mnie zrobiło to wrażenie. Włosy upięłam w luźny kok, a w uszy włożyłam małe cyrkonie i wyszłam z łazienki. Sebastian założył granatową koszulę i czarne spodnie. Ten to miał dobrze, nieważne co na siebie włoży i tak obejrzy się za nim prawie cała populacja Rio de Janeiro. I tak, męska część też. Chłopak otworzył szeroko oczy i usta ze zdziwienia, a jedyne co był w stanie wykrztusić to zachwycone „łał”.
- Tylko na to cię stać?- mruknęłam, uśmiechając się pod nosem. To miłe, że docenił moje starania.
- Wyglądasz wspaniale. Ale strój się tak już nigdy więcej.- poprosił, próbując oderwać ode mnie wzrok.
- Dlaczego?- uniosłam brwi zdziwiona.
- Jeszcze cię mi ukradną- posłał szelmowski uśmiech w moją stronę, a ja przewróciłam oczami.


- Czemu zapisałeś nas do grupy dla zaawansowanych?!- wykrzyknęłam zszokowana, patrząc na listę wiszącą na ścianie. Znajdowało się tam moje i jego nazwisko.
- A co, masz stracha?- zapytał podekscytowany. Widząc moją przerażoną minę wybuchnął perlistym śmiechem i zaprowadził mnie w głąb sali.
- Jak jasna cholera- odparłam, kładąc dłoń na jego ramieniu.- Nie tańczyłam chyba z tysiąc lat!- dodałam, bo jedyne co sobie przypomniałam, to walczyk na akademii w podstawówce.
- Spokojnie, tutaj wszystko zależy od prowadzącego. Patrz cały czas na mnie i…Zaufaj mi- poprosił, chwytając delikatnie moją prawą dłoń. Kiwnęłam zdenerwowana głową  i spojrzałam mu w oczy. Zabawne było to, jak byliśmy siebie blisko. Czułam jego oddech na swojej szyi, gdy szeptał, że to nic trudnego. Zadrżałam. Przecież jesteśmy tylko przyjaciółmi, a zresztą- miłość i tak nie istnieje. Powtarzałam to tak wiele razy i w tak wielu różnych sytuacjach, że w pełni w tę tezę uwierzyłam. Westchnęłam nieco uspokojona. Wtedy rozbrzmiała muzyka i wszystko zniknęło. Wszystko, prócz jego elektryzujących, brązowych tęczówek.
***
Chwyciłem jej dłoń i uśmiechnąłem się uspokajająco. Za wszelką cenę chciałem poprawić jej humor. Uwielbiałem, gdy się śmiała, a ostatnimi czasy robiła to coraz rzadziej. Była moją najlepszą i jedyną przyjaciółką i ogromnie się cieszyłem, że zgodziła się przyjechać tutaj ze mną. Bo oboje potrzebowaliśmy wzajemnego wsparcia. Wpatrywała się we mnie ufnie swoimi dużymi, szmaragdowymi oczami, które w świetle lamp błyszczały jak najszlachetniejsze kamienie. Pierwsze takty sprawiły, że zapomniałem o wszystkim. Jej ruchy, z początku nieśmiałe, po chwili przerodziły się w pewne manewry, zupełnie obce jej dotychczasowemu „ja”. Improwizowaliśmy. Przyciągnąłem ją bliżej, tak, aby między naszymi ciałami nie pozostawała nawet bańka powietrza. Zachłannie pragnąłem jej bliskości, przez chwile miałem wrażenie, jakby nasze ciała spoiły się w jedną całość. Odchyliła głowę do tyłu i oplotła nogą moją łydkę. Szarpnęła za materiał koszuli, a ja znowu przyciągnąłem ją do siebie. Obrót, potem jeszcze jeden, kolejne wychylenie. Sentada, zmiana kierunku, znów wychylenie. Musnąłem wargami jej szyję, czując narastające drżenie jej ciała. Byliśmy przyjaciółmi, a miłość nie istniała. Ja o tym wiedziałem i ona też. Ale w tańcu znikało wszystko- liczyła się tylko namiętność.
***
Oderwaliśmy się od siebie. Czar prysł, a w sali zapadła głucha cisza. Sebastian puścił moją dłoń, chcąc najpewniej jak najszybciej pozbyć się mojego dotyku. To wszystko zaszło zdecydowanie za daleko. Uśmiechnęłam się do niego półgębkiem.
- Nie było tak źle- uznałam, zakładając niesforny kosmyk włosów za ucho. Role namiętnych kochanków nagle zniknęły- znowu byliśmy tylko przyjaciółmi.
Ale już nigdy więcej nie poszliśmy na lekcje tanga. Myślałam o tym przez następny tydzień, a gdy nastał grudzień, ta noc wydawała się być historią. Żadne z nas nie zaproponowało kolejnego spotkania w Akademii Tańca. Oboje byliśmy zbyt przerażeni- tamtego razu wyłączyliśmy rozum i uruchomiliśmy instynkt. A to, w połączeniu z emocjami dawało bardzo niepożądany efekt. Co będzie, jeśli znów damy się temu ponieść?
- Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta…- hiszpańska reklama coca-coli w jego ustach brzmiała naprawdę uroczo. Prawie tak samo uroczo, jak jego rozradowana postać stojąca w drzwiach z małą sosenką w ręce i czapką Świętego Mikołaja na głowie. Parsknęłam śmiechem. Choineczka była sztuczna, a zamiast śniegu do jej igiełek przylepiony był styropian. Ogromnie tęskniłam za polską zimą!
- ¡Feliz Navidad!- wykrzyknął w progu, a ja wzruszona rzuciłam mu się na szyję, o mało co nie przewracając dzierżonego przez niego drzewka. Wiedział, jak bardzo tęsknię za krajem, za rodzinnymi świętami i za dzieleniem się opłatkiem. Bo to była pierwsza Wigilia, której nie spędzę w domu, z mamą i Oskarem. Pytał, czy załatwić mi lot do kraju, ale uznałam, że to bez sensu. Jeszcze nie uporałam się z dręczącymi mnie demonami. Otulił mnie szczelnie ramionami i postawił krzaczek na ziemi.
- Jak chcesz, to mogę podkręcić klimatyzację i rozpalić w kominku- zaproponował, a ja pokręciłam głową. Z moich oczu trysnęły łzy radości.
- Nie wierzę, że to dla mnie zrobiłeś- wychlipałam w jego rękaw, ocierając słone krople płynące po policzkach.
- Kupiłem też łososia, bo karpia nie mieli. I mam suchy chleb, pokruszy się go i się podzielimy. I barszczyk w kartonie! Co ty na to?- pytał, z uśmiechem gładząc mnie po głowie.
- Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego można sobie wymarzyć- powiedziałam tylko, a on zmierzwił mi włosy.
- Po prostu lubię, kiedy jesteś szczęśliwa- odparł, a ja wzruszyłam się jeszcze bardziej. W końcu dałam mu wejść do domu, gdzie postawił świąteczne drzewko i „bożonarodzeniowe” zakupy.

Wieczorem piliśmy gorącą kawę i słuchaliśmy polskich i hiszpańskich kolęd. I mimo odrobiny żalu w sercu i trzydziestostopniowym upałem za oknem, to były moje najlepsze święta od wielu lat.
_________________________________________________
Mordeczki! Przepraszam, że tak mocno Was zaniedbuję. Ale nie mogę obiecać poprawy- teraz mam zdecydowanie zbyt wiele na głowie. I stąd między innymi te ograniczenia komentarzy- ja nie będę się czuła źle z tym, że nie wyrabiam się w czasie, a zanim licznik dojdzie do 30 to miną ze dwa tygodnie. Poza tym, bardzo bym chciała, żeby wszystkie anonimowe czytelniczki (i czytelnicy? chociaż wątpię w istnienie jakiegoś rodzynka...) ujawniali się w komentarzach. Nikt mnie jak dotąd porządnie nie zrugał, a ja naprawdę przyjmę konstruktywną krytykę na klatę- bo chcę być coraz lepsza w tym co robię i naprawdę zależy mi na tym, żeby Wam lepiej się te bazgrołki czytało :)
A ten rozdział, przyznam nieskromnie, bardzo mi się podoba. I to chyba taki pierwszy, kiedy bawię się czasami, bo wreszcie odkryłam, że nie muszę opisywać każdego dnia, bo przecież żaden z pisarzy nie zaczyna nowych rozdziałów od tekstu "Obudziłam się jak zwykle o ósmej trzydzieści..."+ zamiast notatek z perspektywy Facundo wplotłam trochę myśli Sebastiana. Jak Wam się podoba ta scena tańca? Nastrajałam się do niej baaardzo długo, cały wieczór katowałam tego typu rytmy, żeby wreszcie wpaść w ten trans. I chciałam przedstawić nowego bohatera jak najlepiej, ale bez wymieniania epitetów, zrobiłam to więc na przykładach- mam nadzieję, że wyszło! :) A my to się jeszcze nie żegnamy. Bo teraz jest sielanka, ale przecież wszystko nagle może się zmienić, prawda? :)
Dzisiaj poinformuję tylko te osoby które mam na GG i dam informację na fejsie. Jutro dam znać reszcie i nadrobię wszystkie zaległości. Jestem taka padnięta! Nauka pełną parą :P
Całuski i do 30 komentarzy :*
+ Niezmiennie zapraszam na fejsa! https://www.facebook.com/pages/Un-Poco-De-Amor/1413617445530588 :)

wtorek, 24 września 2013

Veintiún

Wpatrywałam się osłupiała w mojego rozmówcę, praktycznie nie mogąc wydusić słowa z powodu szoku, jakiego doznałam.
- Dokąd z tobą polecę?- zapytałam w końcu, a Sebastian wywrócił oczami.
- Do Brazylii!
- Żartujesz?- chciałam się upewnić, ale on tylko chwycił moje ramiona i potrząsnął.
- Gabi, Brazylia! Słońce, plaża, kamienny Jezus, karnawał… Mam odziać się w bikini z piór i zatańczyć, żebyś wreszcie zrozumiała?- odparł nieco już wyprowadzony z równowagi. Ja wciąż wpatrywałam się w niego z oczami wielkimi jak pięciozłotówki, nie rozumiejąc kompletnie nic.
- Ale… Skąd ten wariacki pomysł? Znamy się zaledwie od dwóch dni!- wytaczam argumenty, chociaż z tego skołowania nie wiem, czy są słuszne, czy też nie.
- Oboje jesteśmy singlami, tak?- kiwam nieznacznie głową, przeczuwając Bóg wie co- Nie patrz tak na mnie i daj mi skończyć!- gani mnie Sole i powraca do przerwanego wątku- Oboje jesteśmy samotni, ty przeżyłaś swoje ze swoim byłym, ja też miałem pewne problemy ze swoją dziewczyną- skrzywił się nieznacznie na samo jej wspomnienie, lecz niewzruszony moim milczeniem, mówi dalej- Nie mamy pracy, bo ja leczę kontuzję barku i jestem wolny do końca sezonu. Potrzebuję kogoś, kto pomoże mi się uporać z troskami i ty też potrzebujesz kogoś takiego. Możemy się wspierać nawzajem! Nie widzisz tutaj samych korzyści?
- Dlaczego akurat Brazylia?- zapytałam nagle, starając się nie dopuścić do tego, aby ten plan zadziałał. W mojej głowie jednak wiedziałam, że to może być albo wspaniałe rozwiązanie albo totalna klapa. Ale czy warto było zaryzykować?
- Zawsze chciałem się nauczyć tańczyć sambę- wyznał nieco zarumieniony, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- Skoro tak…- przygryzłam dolną wargę- w mojej głowie aż huczało od głosów „za” i „przeciw”, a ja nie potrafiłam określić, których jest więcej. – Kiedy wyjeżdżamy?- zapytałam, a Argentyńczyk obdarował mnie szerokim uśmiechem.
- Jutro?- strzelił, a ja głośno wypuściłam powietrze z płuc.
- Muszę odebrać rzeczy z Bełchatowa, pojedziesz ze mną?- Chłopak kiwnął głową i zamyślił się nieco.
- Będziesz chciała pogadać ze swoim byłym?- pyta, a ja nerwowo wyłamuję palce.
- Nie, to już skończony rozdział- odpowiadam zdecydowanie i uśmiecham się do niego.- Ale muszę porozmawiać z kilkoma innymi osobami, złożyć wymówienie w pracy… Trochę to potrwa- przygotowuję go na najgorsze, a on marszczy brwi zamyślony.
- Masz Animal Planet?- zwraca się do mnie, a ja zdziwiona automatycznie odpowiadam twierdząco.- Więc poczekam, aż wszystko załatwisz.
Dwie godziny później Bruno wchodzi do domu. Zastaje nas w pokoju, całym zawalonym ciuchami Sebastiana- pomagam mu się pakować, a on nie może znaleźć jednego swojego adidasa, którego, jak twierdzi „zostawił przed drzwiami i pewnie jakieś piekielne siły go zabrały”
- Co tu się dzieje?- pyta zdziwiony Romanutti, drapiąc się po głowie. Nie wiem, jak było przed moim przyjazdem, ale najwidoczniej Sebastian robił wiele dziwnych rzeczy, bo przyjmującemu nagle odechciało się słuchać, machnął na nas ręką i zniknął w kuchni. Po chwili jednak wrócił, a ja miałam wrażenie, jakby ukradł lampkę Pomysłowemu Dobromirowi i teraz świeciła mu się nad głową.
- Już wyjeżdżasz?- zapytał, a Bastian spojrzał na niego rozkojarzony. Mruknął coś w potwierdzeniu i zanurkował pod łóżko w poszukiwaniu zaginionego buta.- A co z…- zawahał się i spojrzał na mnie, po chwili uciekając wzrokiem.
- Gabrysia zabiera się ze mną- odpowiada i po chwili zaczyna przeraźliwie kaszleć- najwyraźniej Bruno nie zawracał sobie głowy odkurzaniem w niewidocznych dla oka zakamarkach.
- Co?!- wykrzyknął Romanutti, odsuwając mnie na bok i wynurzając przyjaciela spod kłębów kurzu- Musimy pogadać- oznajmił poważnie i zaciągnął go do kuchni, zupełnie ignorując moje istnienie.
- Co ty sobie wyobrażasz?- stłumiony szept dobiega z pomieszczenia obok, a ja zirytowana wywracam oczami. Czy ten facet naprawdę myśli, że jak odejdzie trzy metry dalej to nie będzie go słychać?
- O co ci chodzi?- zapytał Sebastian, przybierając groźny ton.
- Sprowadzasz pijaną laskę do mojego domu, znasz się z nią dwa dni, a teraz chcesz z nią jechać na inny kontynent?!- argentyński przyjmujący ruga go od góry do dołu, a ja w tej chwili muszę przyznać mu rację- w tej chwili rzeczywiście brzmi to bardzo nieodpowiedzialnie.
- Daj spokój, po prostu oboje dużo przeszliśmy i jedziemy na wakacje, jak para znajomych- odpowiada swobodnie chłopak, a Bruno aż sapie ze złości.
- Myślisz, że załata dziurę po Francesce?- warczy, a ja czuję, jak atmosfera w kuchni robi się coraz gęstsza.
- Nic nie myślę- odpowiada, a w jego głosie wyczuwalna jest bardzo duża dawka jadu.
- Właśnie, nie myślisz!- Bruno już zupełnie nie panuje nad emocjami i zaczyna krzyczeć- Znalazłeś ją z facetem, na twoim łóżku. Tragedia, ale zdarzają się gorsze! Była zwykłą suką i dobrze, że ją nakryłeś- Romanutti aż splunął ze złości, lecz kontynuował swój wywód- ale to nie znaczy, że masz się zachowywać jak jakiś durny szczeniak, który ucieka od rzeczywistości!
- Wiem co robię- wycedził Sebastian, a bił od niego tak duży spokój, że niejeden posąg mógłby mu tego pozazdrościć. Jego towarzysz głośno westchnął. Chyba czuł, że decyzja już zapadła.
- Rób co chcesz. Ale pamiętaj, że cię ostrzegałem- dodał na odchodne i zamknął się w pokoju, szerokim łukiem omijając moją skurczoną z nadmiaru informacji postać. Po chwili wahania podeszłam do Sebastiana.
- Przepraszam- szepnęłam, kładąc rękę jego ramieniu. Chłopak patrzył z uporem w okno i najwidoczniej nie miał zamiaru się odwrócić.
- Bruno zawsze zachowywał się jak mój starszy brat. Chce mnie po prostu ochronić. Ale ja wiem, że nie ma przed czym- wreszcie odwraca się do mnie i uśmiecha się delikatnie.- Naprawdę zależy mi na tej sambie!- robi błagalną minę- I cieszę się, że znalazłem sobie partnerkę- dodaje, a ja parskam śmiechem.
- A sambę tańczy się w parach?- pytam zdziwiona, a on przewraca oczami.
- Oj, nieważne.
Czuję, że porywam się  motyką na słońce. Czy ja w ogóle wiem, co chcę zrobić? Ten pomysł jest kolejną ucieczką od problemów, którym jako dorosła i odpowiedzialna osoba powinnam sprostać. Ale jeśli mam wybierać między męczeniem się w pracy, unikaniem starych znajomych i samotnym oglądaniem wieczorami kanałów przyrodniczych, a palącym brazylijskim słońcem, plażą, piaskiem, tańcem i zabawą, to już wsiadam do samolotu i spieprzam stąd jak najdalej mogę. A teraz czekają mnie cztery bardzo ważne rozmowy- Z Maćkiem, Karolem, sztabem i ta ostatnia, która przeraża mnie za każdym razem, gdy tylko o  niej pomyślę. Jedziemy z Sole jego samochodem do Bełchatowa. Chłopak wesoło podśpiewuje soundtrack z musicalu Grease, a ja chociaż na chwilę mogę pośmiać się do rozpuku z jego miauczenia i zapomnieć o tym, co mnie czeka. Nawet nie orientuję się, gdy razem z nim śpiewam na cały głos tę „niecenzuralną” wersję Greased Lightning, tańcząc przy tym tak, jak na to pozwalają pasy bezpieczeństwa. Sebastian przylizał włosy „Na Travoltę”, a ja uderzyłam głową o deskę rozdzielczą, tak bardzo byłam rozbawiona. Gdy Sebastian zauważył, że rozmasowuję obolałe czoło, to zaczął śmiać się w niebogłosy, aż łzy zatańczyły w kącikach jego oczu.
- To nie jest śmieszne!- jęknęłam, trzymając się za głowę.- Masz coś zimnego?- zapytałam, rozglądając się po wnętrzu auta.
- Przykro mi maleńka, cały jestem gorący- poruszył brwiami i poprawił włosy, uśmiechając się zawadiacko.
- Palant!- walnęłam go w ramię, lecz po chwili śmiałam się razem z nim.
- U Travolty ten tekst działał…- mruknął strapiony, stając na światłach.
- Trochę ci do niego brakuje!- parsknęłam, podkręcając nieco głośność w radiu. Sole zrobił obrażoną minę i wyprzedził wolno sunący samochód przed nami.
- Gdzie dokładnie się zatrzymać?- zapytał po kilku minutach ciszy, a ja zamarłam z przerażenia.
- Już jesteśmy?- pisnęłam cicho, a on spojrzał na mnie kątem oka.
- Chcesz, żebym poszedł z tobą?- zaoferował się, ale ja pokręciłam głową.
- Muszę to załatwić sama. Na następnym zakręcie musisz skręcić w prawo, a chwilę później w lewo- poinstruowałam, z nerwów obgryzając paznokcie. Wysiadamy z samochodu, a ja z trzęsącymi dłońmi szukam klucza otwierającego drzwi do mieszkania. Otwieram je i wpuszczam Sebastiana do środka.
- Będę za jakieś dwie godziny- mówię, włączam mu telewizor i gdy mam zamiar wychodzić, on łapie mnie za nadgarstek i przyciąga do siebie.
- Poradzisz sobie- mówi, swoim uściskiem chcąc przekazać mi trochę pozytywnej energii.
- Mam nadzieję…- odpowiadam wtulona w jego koszulkę. Posyła mi jeszcze ostatni pokrzepiający uśmiech, zanim zdążę opuścić dom. Jako pierwszą wybrałam rozmowę z prezesem i Miguelem. Najpierw idę do tego pierwszego, składam wymówienie i przepraszam, chyba z tysiąc razy. Oferuję również na to stanowisko swoją koleżankę ze studiów. Prezes strapiony drapie się po głowie, ale uznaje, że skoro to „powody osobiste”, to nie może mnie zatrzymywać. Dziękuję mu i rozstajemy się w miarę przyjaznej atmosferze. Uff, pierwsze za mną. Teraz będzie już tylko gorzej! Miguel więcej pyta, bo zna mnie o wiele lepiej niż pan Piechocki. Każe mi usiąść na krzesełku, pogadać. Ale ja wiem, że jest zmęczony po pracy, a w domu czeka na niego żona z obiadkiem.
- Zobaczymy się jeszcze!- obiecuję i ściskam go na pożegnanie. Ten patrzy na mnie ze zgnębioną miną, ale nie śmie zatrzymywać. Chyba wierzy, że to co robię, jest słuszne. Wszyscy wierzą. Wszyscy oprócz mnie.
- Karol?- pytam, bo po drugiej stronie słuchawki odpowiada mi tylko cisza.
- Gaba! Słyszałem o tym, co się stało…- zaczyna, lecz ja go uciszam.
- Zgarnij Maćka i spotkamy się za piętnaście minut w tej kawiarence, co zawsze.- mówię i od razu się rozłączam. Naprawdę nie chcę rozwiązywać takich spraw przez telefon.
Stukam nerwowo o blat dębowego stołu, gdy nad moją głową pojawiają się dwa cienie.
- Cześć chłopaki!- chciałam zabrzmieć radośnie, lecz mniej szczęśliwym można być chyba tylko podczas bycia przejeżdżanym przez rozpędzony kombajn. Zawodnicy zasypali mnie masą zagadnień, przez pierwsze pięć minut zupełnie nie dając dojść do głosu.
- Co się działo?
- Słyszałem o tym, że odchodzisz…
- Facundo nie chce nic mówić, mówi, że zerwaliście!
- Wrona też milczy, jakby coś się między wami stało.
- Gaba, powiedz nam!
- Gabriela, nie zachowuj się jak dziecko, wytłumacz…- grad pytań sypię mi się na głowę, a ja czuję się niezmiernie przytłoczona przez tę dwójkę.
- Zamknijcie się wreszcie i dajcie mi dojść do głosu!- wrzasnęłam rozzłoszczona, a oni natychmiast ucichli. Kelnerka posłała nam ganiące spojrzenie i wróciła do wycierania szklanek.- Wyjeżdżam, odchodzę, znikam, uciekam… Nazwijcie to jak chcecie. Chciałam się z wami pożegnać osobiście. Pewnie wrócę do Polski za parę miesięcy, ale na pewno nie będę pracować w Bełchatowie.
- Ale… czemu?- spytał smutno Maciek, a jego oczy zrobiły się nagle zamglone. A Karol? Chyba po raz pierwszy w życiu widziałam go bez cienia uśmiechu na twarzy.
- Kilka spraw się pomieszało i muszę się nad nimi poważnie zastanowić- odpowiadam wymijająco, ale Kłos wcale nie jest usatysfakcjonowany.
- Conte, czy Andrzej?- patrzy mi prosto w oczy, ale ja wyjątkowo nie mogę wytrzymać jego spojrzenia.
- Nie mieszajcie ich do tego, to moja decyzja- odpowiadam, jakby to była wyuczona formułka. Maciek najwidoczniej pogodził się już z każdym moim słowem, bo kiwa smutno głową. Smutno, aczkolwiek ze zrozumieniem. Nie mogę tego samego powiedzieć o Karolu, bo ten wciąż uporczywie wpatruje się we mnie, jakby starał się odczytać moje myśli.
- Gdzie się wyprowadzasz?- zaciekawił się Muzaj, a ja przygryzłam dolną wargę.
- Na razie do Brazylii- mruknęłam, a oboje zrobili wielkie oczy.
- Sama?!- dociekał zdziwiony Kłos, a ja szukałam jakiegoś dobrego kłamstwa. Cholera, przecież nie mogę znowu ich oszukiwać!
- Ze znajomymi- odpowiadam, czując, jak policzki płoną mi od tej liczby mnogiej. Wybawia mnie jednak dźwięk telefonu Maćka. Odbiera, rozmawia chwilę ze zmarszczonym czołem, po czym się rozłącza.
- Muszę lecieć- krzywi się, a po chwili zwraca się do środkowego- Podwieziesz mnie?- pyta, a ja chce mu się rzucić na szyję z tej wdzięczności. Jeżeli Kłos chwilę by tu powęszył, to na pewno wyspowiadałabym mu się z całego swojego życiorysu. Chłopak niechętnie patrzy na mnie, to na swojego kompana.
- Idź, przecież spotkamy się jeszcze kiedyś!- ponaglam go, uśmiechając się wesoło, chociaż wciąż czuję narastającą gulę w gardle. Wstajemy, a oboje rzucają się na mnie i zamykają w bardzo szczelnym uścisku. Wychodzą, machając mi niczym para niedorozwiniętych jeszcze przez pierwsze dwadzieścia pięć metrów, o mało co nie potrącając starszej pani z zakupami. Kręcę z uśmiechem głową i znów siadam na fotelu. Teraz czeka mnie ta najtrudniejsza rozmowa. Wykręcam numer i z sercem bijącym jak oszalałe czekam na jego głos.
- Słucham?- jego oschły baryton zmraża moje ciało i sprawia, że nie potrafię wydusić słowa.
- Andrzej…
- Czego chcesz?- warczy, a w moich oczach pojawiają się zły. Czyżby aż tak mnie znienawidził?
- Ja wiem, że nie chcesz mnie widzieć na oczy. Ale chciałam wszystko wyjaśnić, nie sprowadzając się do głupiej kartki papieru…- szepczę, widząc coraz mniej. Łzy niepohamowanie płyną po moich policzkach.
- Nie kochasz mnie, co jeszcze chcesz tłumaczyć?- pyta, a jego słowa wbijają mi się w serce niczym miliardy sztyletów.
- Wiele rzeczy mam ci do wyjaśnienia.- odpowiadam pewnie- Jeśli chcesz, to spotkajmy się w knajpce na rogu za kilka minut. Jeżeli nie przyjdziesz, zrozumiem- mówię i rozłączam połączenie. Minuty dłużą się w nieskończoność. Trzy, pięć, osiem, dziesięć, piętnaście… Dopiero dwadzieścia trzy minuty później, gdy zdążyłam zamówić już drugą kawę, słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Andrzej wygląda, jakby miał na sobie maskę- usta ściągnięte w wąziutką linię, puste oczy, zaciśnięte zęby i ani cienia uśmiechu. Siada naprzeciw mnie i splata dłonie.
- Co masz mi do powiedzenia?- pyta, a ja czuję się jak na dywaniku u dyrektora.
- Chciałam cię przeprosić- mówię na wstępie, próbując spojrzeć mu w oczy. Czuję się jakbym rozmawiała z rzeźbą!- Tyle rzeczy zdarzyło się tamtego dnia, a wcześniej jeszcze więcej. Na początku nie myślałam racjonalnie, ale potem… Uświadomiłam sobie, że nie chcę cię traktować jako faceta na jedną noc! Zrozum, naprawdę nie chciałam cię zranić…- oczy znów mi się zaszkliły, ale czym prędzej wytarłam łzy rękawem. Nie chciałam płakać, pragnęłam załatwić to wszystko na spokojnie.
- Nie wyszło ci- odpowiada, a ja patrzę w górę, aby zatamować słone krople gromadzące się niczym wodospad w moich oczach.
- Nigdy nie wychodzi- śmieję się ironicznie i zaciskam zęby. – Chciałam cię tylko przeprosić i podziękować za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. I chcę się jeszcze pożegnać.- Coś w nim drgnęło, przeskoczył jakiś trybik. Oczy nagle stały się bystre i spojrzały prosto na mnie.
- Wyjeżdżasz?- dziwi się, jakby to nie było jednoznaczne z pożegnaniem. Kiwam delikatnie głową i zakładam włosy za ucho.
- Dlatego chciałam rozstać się w pokoju, nie ciągnąc za sobą niewyjaśnionych spraw. Ja wiem, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej, ale… Zależy mi na tobie, jako na przyjacielu. Możemy zacząć od nowa?- szepczę, a te słowa ledwo przechodzą mi przez gardło. Tak bardzo się boję, że odmówi! Wrona zastanawia się przez kilkadziesiąt sekund, które wydają się trwać latami. W końcu uśmiecha się nieznacznie i podnosi prawą dłoń.
- Cześć, jestem Andrzej- chwyta moją rękę, a ja znowu płaczę, płaczę, bo czuję ulgę, potworną ulgę, która sprawia, że mam ochotę wylecieć z kawiarni i wykrzyczeć, jak bardzo dziękuję za tę szansę.
- Gabrysia- odwzajemniam uścisk, a łzy płyną wartkim strumieniem po moich policzkach.

-Jak poszło?- spytał, obżerając się paczką chipsów, zapewne znalezioną w mojej szafce ze słodyczami.
- Nadzwyczaj dobrze- odparłam z uśmiechem, rzucając się na kanapę obok niego.- Nie powinieneś dbać o linię?- zapytałam, wpychając do ust pięć chrupek naraz. Oprócz śniadania i dwóch kaw nie miałam dzisiaj nic w ustach.
- Powinienem zapytać cię o to samo…- przyjrzał mi się sceptycznie, zapewne chcąc zahamować moje łakomstwo.
- Och, zamknij się! Jestem we własnym domu, mam prawo do jedzenia tego, co chcę!- odburknęłam, zabierając mu poduszkę z pod głowy.
- Za godzinę jedziemy na lotnisko- informuje mnie, a ja wciąż z pełną buzią zrywam się z sofy.
- Za ile?!- krzyczę rozhisteryzowana i niczym burza biegnę do swojego pokoju. Wyjmuję walizki i wrzucam tam wszystkie rzeczy z szafy, szuflad i łazienki. Pakuję się w ciągu czterdziestu minut, a Sebastian przygląda się temu rozbawiony, opierając się o framugę drzwi. Cały mój życiowy dobytek zmieścił się w dwóch walizkach. Dobrze, że zostawiłam w rodzinnym domu wszystkie pamiątki z dzieciństwa! Nijak bym się pomieściła, jeżeli miałabym zapakować tutaj wszystkie zdjęcia, misie i lalki.
- Gotowa?- zapytał Sole, spoglądając na mnie z uśmiechem. Dmuchnęłam w górę, próbując odgarnąć włosy z czoła- ręce miałam zajęte walizkami. Chłopak wziął ode mnie torby i kolanem otworzył drzwi wejściowe.
- Zostawię cię na chwilę samą z mieszkaniem- oznajmił, a ja pokręciłam głową.
- Nie trzeba. Nie mam żadnych miłych wspomnień z nim związanych- odparłam i zamknęłam dom, a klucze zostawiłam pod wycieraczką, tak jak obiecałam prezesowi.

- Gapią się na ciebie!- oskarżył mnie, a ja oderwałam wzrok od czytanego magazynu.
- Kto?- zapytałam niemrawo, wyrwana z transu. Byliśmy już na lotnisku w Łodzi, mieliśmy jeszcze pół godziny do wystartowania samolotu.
- Wszyscy ci faceci! Czuję się nieswojo- mruknął, mrożąc wzrokiem umięśnionego blondyna, uśmiechającego się lubieżnie.
- Może patrzą się na ciebie? Niezły z ciebie przystojniak.- zasugerowałam, przerzucając kolejną stronę gazetki. Sebastian tylko prychnął urażony i złożył ręce na piersi.
- Nie wiedziałem, że zabieranie cię łączy się z odganianiem napalonych osiłków- jęknął, przeczesując włosy palcami.
- Sam mi to zaproponowałeś!- wzruszyłam ramionami z uśmiechem, znowu zajmując się czytadłem. Dwadzieścia minut później gdzieś z góry rozległ się kobiecy głos, proszący pasażerów lotu do Rio De Janeiro o wejście na pokład. Wraz z podręcznymi bagażami ustawiliśmy się w kolejce.
- Ja od okna!- wykrzyknęłam i niczym małe dzieci zaczęliśmy się przepychać na swoje miejsce. Wtuliłam się w swoje siedzenie i z triumfalną miną spojrzałam na towarzysza. Miałam fotel tuż przy oknie i mogłam godzinami wpatrywać się w krajobraz nad nami. Środkowy przewrócił oczami i zajął miejsce obok mnie.
- Nad czym się tak zastanawiasz?- zapytał, gdy byliśmy już dobre dziesięć tysięcy metrów nad ziemią, a ja wciąż siedziałam przyklejona do szyby. Uśmiechnęłam się tajemniczo i odwróciłam głowę w jego stronę.

- Wiesz co? Chyba rozpoczynam w życiu nowy rozdział. I bardzo się cieszę, że to akurat ty jesteś jego częścią.
___________________________________________________________
MISIAKI! Przepraszam Was ogromnie! Nie dość, że nie zdążyłam dodać rozdziału na czas to jeszcze mam do nadrobienia tyle, że aż wstyd. Ale przecież wiecie, jak to jest- zaczęła się szkoła, jest mniej czasu, a mnie w tym roku wyjątkowo zależy na ocenach, bo przecież to świadectwo idzie w świat :D A jeszcze w poniedziałek miałam pierwszy taki "klubowy" trening, najpierw siłownia, a potem trzy godziny grania, a że to był pierwszy raz, to gdy wróciłam do domu po prostu walnęłam się na łóżko i nie wstawałam przez następną godzinę. Ale nie żałuję, bo coraz bardziej się wdrażam i przez te treningi poniedziałek staje się nagle bardzo wyczekiwanym dniem. I to przyjęcie, czyli coś, co było zawsze moją piętą achillesową wcale nie jest już takie straszne! :)
Dzisiejszy rozdział jest jaki widzicie, baaardzo długi, bo chciałam Wam nadrobić trochę tej mojej nieobecności. Jeśli nie uda mi się dzisiaj nadrobić Waszych opowiadań, to w weekend będę już miała wszystko obczajone. Obiecuję! :)
A tak z wiadomości aktualniejszych, to myślicie, że wygramy ten mecz z Bułgarią? Ja bardzo bym chciała i mam taką nadzieję, ale z taką formą, kiedy obawiamy się o mecze ze Słowacją, czy Turcją, to ja nie widzę na to realnych szans. + Ktoś tam na górze chyba wysłuchał moich głębokich, kilkumiesięcznych (!) modłów o zmianę rozgrywającego. I mam nadzieję, że Andrea to zauważył i w wyjściowej szóstce wystawi Fabiana. Chociaż nie mam nic do Łukasza Żygadły, bo naprawdę bardzo go lubię i jest wartościowym zawodnikiem, ale jak ktoś jest kurczę zupełnie bez formy, to chyba trzeba postawić na coś nowego, prawda? I szkoda mi bardzo patrzeć jak Misiek Winiarski jest bezradny w swoim przyjęciu. I mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy. Co myślicie? :)
Następny rozdział za 30 komentarzy :)
Całusy :*