Wróciłam
do domu (no dobra, zostałam odwieziona przez Facundo) i sceptycznie przyjrzałam
się swojej postaci w lustrze w korytarzu. Nie widziałam tam tej zamkniętej w
sobie, ponurej dziewczyny, którą kiedyś byłam. Mimo wszystko trochę za nią
tęskniłam. Pragnęłam chwili z książką, momentu, w którym będę mogła pomarzyć. A
teraz jestem już dorosła i nie mam czasu na marzenia. Zwłaszcza obecnie, kiedy
wszystko idzie nie tak jak trzeba. Miałam się nie wiązać, nie kolegować, nie
przyjaźnić, nie spać w jednym łóżku, miałam nie pozwalać odwozić się do domu, nie
pozwalać przyrządzać sobie śniadań, miałam być tak niedostępna, żeby nikt nie
chciał mi towarzyszyć. Miałam skupić się tylko i wyłącznie na pracy. A teraz
co? A teraz przychodzi taki argentyński młody bóg bez żadnych wad i wszystko mi psuje. Niech
cię trafi szlag, Facundo Conte! Zmrużyłam oczy i spojrzałam w swoje odbicie.
Nie mogę wiązać się nikim z pracy. To zniszczy mi karierę. Jeżeli byśmy potem
zerwali, atmosfera zrobi się tak gęsta, że będzie można ją kroić nożem. I to
będzie moja wina. Lepiej zabić to wszystko w zarodku. Z bólem większym, niż
mogłabym się spodziewać postanowiłam cenić pracę wyżej niż… zauroczenie. Bo
słowo takie jak „miłość” chyba nigdy nie przejdzie mi przez gardło.
Z
westchnieniem odwróciłam głowę od lustra i rzuciłam torebkę w kąt. Wciąż byłam
we wczorajszej kreacji, plus bluza mojego wybawcy, który uznał, że w drodze z
samochodu do drzwi mogę zamarznąć i zaziębić się na amen. Był taki opiekuńczy…
Zaraz, stop! Miałam o nim nie myśleć. Czemu tak trudno wyrzucić mi go z głowy?
Potrzebowałam powietrza, odrobiny świeżości. Musiałam zacząć trzeźwo myśleć.
Aktualnie byłam w jakimś dziwnym amoku, jakby w półśnie. Postanowiłam jak
najszybciej to zmienić. Ubrałam bluzę, adidasy i mimo wciąż pulsującego tępo z
tyłu głowy bólu, wybrałam się na spacer. Na zewnątrz wiał porywisty wiatr, a
niebo zasnuło się ponurymi chmurami. Co jakiś czas przez mglistą aurę przebijały
się nieśmiało promyki popołudniowego słońca, które i tak po chwili znikały.
Krążyłam uliczkami Bełchatowa, które jak na niedzielne popołudnie było niemalże
wymarłe. Ludzie widocznie nie mieli ochoty wychodzić z domu w taką pogodę. Gdy
kroczyłam jedną z krętych, parkowych uliczek, w oddali zauważyłam wysoką,
szczupłą postać z kapturem nałożonym na głowę. Szła szybkim krokiem, z
opuszczoną głową. Z początku nie poznałam swojego dwumetrowego znajomego, lecz
gdy mogłam przyjrzeć mu się bliżej, miałam już pewność- Muzaj również wybrał
się na przechadzkę po mieście. Gdy mnie zauważył, przyspieszył nieco i schował
głowę w ramionach. Niezbyt mu wychodziło to ukrywanie się, ze swoim wzrostem
mógłby spokojnie poudawać drzewo, a poza tym był jedyną osobą w promieniu
dwustu metrów ode mnie. Gdy minął mnie niemal biegiem, wbijając wzrok w ziemię,
uznałam, że nie można tego tak dalej ciągnąć.
-
Maciek, czekaj!- krzyknęłam i odwróciłam się na pięcie. Chłopak, usłyszawszy
swoje imię zastygł w bezruchu, co pozwoliło mi spokojnie do niego podbiec.
- O,
nie zauważyłem cię- odparł spięty, jakby przyłapany na niecnym uczynku.
Posłałam mu spojrzenie spod uniesionych brwi.
-
Maciek, czy ty się mnie boisz?- zapytałam po prostu, nie zważając na
bezpośredniość tego pytania. Coś ewidentnie było na rzeczy. Chłopak unikał mnie
jak ognia, gdy byłam w pobliżu praktycznie w ogóle się nie odzywał, a gdy
pojawiałam się na horyzoncie, to on chował się po kątach. Muzaj spojrzał na
mnie niczym przerażony zając, oślepiony przez światła jadącej na niego
ciężarówki. Przełknął głośno ślinę i wreszcie odważył się na mnie spojrzeć.
-
Nie, skąd- odparł, siląc się na luz. Ale ja byłam pilną studentką psychologii i
ta fałszywa nonszalancja mnie nie zwiedzie.
- W
takim razie, czemu mnie unikasz? Wyglądam jak zabójczyni twojego psa z
dzieciństwa, podglądasz mnie wieczorami pod prysznicem, koledzy opowiadają o
mnie głupie żarty, śnisz o mnie sny z podtekstem miłosnym…- wyliczałam, a na
ostatnie zdanie Maciek się zarumienił.
- O
Boże!- wykrzyknęłam strwożona- śnisz o mnie sprośne rzeczy, ty zboczeńcu?-
zapytałam, uderzając go w bok torebką. Nie wiedziałam, czy ta sytuacja jest dla
mnie bardziej zabawna, czy krępująca. Dla Maćka ta kwestia nie była chyba zbyt
wielkim dylematem- chłopak jakby skurczył się w sobie, a jego twarz przybrała
odcień wozu strażackiego.- Hej, to tylko sny. Przecież nie masz na nie wpływu-
próbowałam go pocieszyć, ale w mojej głowie siedziało tylko „Powiedz mi,
powiedz, co ci się śniło!”, bo ciekawska kobieca natura nie mogła tego tak po
prostu zostawić.
- W
takim razie opowiedz mi, co to był za sen- zaproponowałam, a Muzaj wytrzeszczył
oczy.
-
Oszalałaś?!- wrzasnął oburzony- Zresztą, to było tylko raz…- bąknął, a ja
przewróciłam oczami.
-
Jestem psychologiem. To prawie jak ksiądz!- rzuciłam tym jakże trafnym
argumentem, ale on nadal nie dał się
przekonać. Po chwili wpadłam jednak na inny pomysł- W takim razie zabieram cię
na kawę- oświadczyłam stanowczo.- Znasz moje wyobrażenie ze swojego snu, a nie
prawdziwą mnie. To dlatego tak się krępujesz, rozmawiając ze mną. Przypomina ci
się ta nieprawdziwa sytuacja. Chodź, zapełnimy tę pustkę realnymi
wspomnieniami- zaproponowałam i nie
czekając na odzew pociągnęłam go za rękę w stronę najbliższej kafejki.
Kawiarnia
była bardzo przytulnym miejscem. Ściany w kolorze mlecznej czekolady, okna
wychodzące na ulicę i kilka foteli w kolorze toffi. Wszystkie te barwy
pobudzały zmysły, a na dodatek salę wypełniał wspaniały aromat kawy. Usiedliśmy
z Maćkiem na kanapach w rogu pomieszczenia, oddzieleni od innych klientów
stolikami. Zamówiliśmy po kawie i ciastku, a podczas czekania na zamówienie chłopak
odezwał się tylko raz, pytając, czy mogę podać mu serwetkę. Cappuccino musiało
podziałać na niego rozluźniająco, bo po kilku minutach przełamaliśmy pierwsze
lody. Zaczęłam opowiadać mu o studiach i o rodzinie, a potem on dołożył kilka
anegdotek ze swojego dzieciństwa i rozmowa płynęła jakby bez końca. Okazał się
bardzo sympatyczną osobą z ogromnym poczuciem humoru. Mieliśmy mnóstwo
wspólnych tematów, a o niektóre rzeczy nigdy bym go nawet nie podejrzewała.
Okazało się, że wcale nie jest taki święty na jakiego wygląda, ma tylko mały
problem z kobietami. Obiecałam sobie w duchu, że pomogę mu pokonać nieśmiałość.
To aż niemożliwe, żeby tak świetna osoba nie była z nikim związana na stałe!
Poza tym, nie było między nami żadnej bariery na linii płci, bo różnica wieku
skutecznie sprawiała, że nie ciągnęło nas ku sobie. Zresztą, pod koniec
spotkania Maciek wyznał, że kręcą go blondynki… Misja na ten sezon: Mistrzostwo
Polski i znalezienie Muzajowi ładnej, mądrej i w miarę rozgarniętej blondwłosej
niewiasty . Trudna robota, ale jak to mówi młodzieżowe porzekadło: „Co to dla
nas, bohaterów!”. Przegadaliśmy prawie cztery godziny, a gdy właścicielka
kawiarni zaczęła na nas patrzyć zmęczonym wzrokiem pracującej kobiety uznaliśmy, że to odpowiedni moment na
opuszczenie lokalu. Słońce chyliło się na nieboskłonie, jakby było ciągnięte na
sznurku. Chmury znacznie się przerzedziły, a wiatr zelżał. Rozpięłam bluzę.
-
Czemu tak wcześnie zmyłaś się z imprezy?- zapytał Maciek ni stąd, ni zowąd. Nie
byłam przygotowana na takie pytanie, więc zaskoczona wydałam z siebie kilka
nieartykułowalnych dźwięków, aby w końcu dodać krótko:
-
Byłam zmęczona.- Chłopak spojrzał na mnie sceptycznie i zmrużył oczy.
-
Conte też wcześnie wyszedł, chyba w tym samym czasie, co ty- zauważył, a mnie
zrobiło się gorąco. Nie wiem czemu, ale nie chciałam, żeby ktokolwiek
dowiedział się o tym incydencie. Sama wolałabym o nim zapomnieć.
-
Tak?- zapytałam, starając się, żeby mój głos nie był zbyt wysoki- nie widziałam
go, gdy wracałam.- wyznałam, wzruszając ramionami. Maciek nie odzywał się przez
jakiś czas. Czułam, że dopowiedział sobie pewne sprawy. Jeśli jutro klub będzie
huczał od plotek, to chyba nie przyjdę jutro do pracy. Żegnając się, posłałam mu znaczące spojrzenie. Mam nadzieję, że zrozumiał. Zaraz, przecież to
jest facet- po co ja się łudzę… Ale Muzaj nie był raczej typem człowieka, który
karmi całą drużynę nowinkami z życia prywatnego sztabu. Zresztą, faceci nie
plotkują! Chyba…
Następnego
dnia do południa było względnie spokojnie, nie miałam do roboty nic oprócz
wypełnienia kilku papierków. Koło dwunastej przez mój gabinet przewinęło się
kilka osób ze sztabu szkoleniowego, w tym Miguel, żeby zaprosić mnie na
oficjalną galę z okazji jakiejś tam rocznicy. Szczerze mówiąc, nie słuchałam
ich- myślami byłam gdzieś daleko stąd. Impreza miała odbyć się dopiero za
tydzień, a to jeszcze mnóstwo czasu. Gdy po ich wizycie wróciłam do papierkowej
roboty, do drzwi rozległo się nieśmiałe pukanie. Conte. Cholera, ten facet
naprawdę nie daje o sobie zapomnieć. Był ubrany w czarną, obcisłą koszulkę z
nadrukiem i sprane jeansy. Mokre po prysznicu włosy błyszczały w sztucznym świetle
lamp. Nerwowo przeczesał je ręką, a ja… ja chyba znowu zapomniałam o
oddychaniu. Wbiłam paznokcie we wnętrze lewej dłoni i uśmiechnęłam się do
niego. Po koleżeńsku, zupełnie niezobowiązująco. Odwzajemnił uśmiech i usiadł
naprzeciw mnie.
- Co
słychać?- zapytał, a do mnie doszedł zapach jego zniewalających perfum. O Boże.
-
Wszystko dobrze, a u ciebie?- spytałam, starając się odpowiednio modulować
głos. Spuściłam wzrok i udałam, że zajmuję się bardzo ważnym plikiem kartek
przede mną. Co ja plotę, jedyne na czym mogę się skupić to powstrzymywanie
swojej zwierzęcej części natury od rzucenia się na niego. Co się ze mną
działo?! Jeszcze kilka dni temu nie miałam problemu ze swobodną rozmową.
- W
porządku- odpowiada zdawkowo, widać, że się nad czymś zastanawia.- Słyszałaś o
tej gali za tydzień?- pyta, a ja kiwam głową, zupełnie nieświadoma tego
podstępu.- Chciałabyś pójść ze mną?- pyta, ja spłoszona podnoszę wzrok znad
drobnego druczku. Myślę nad jakimś dobrym kłamstwem.
-
Muszę jechać do…- nie możesz jechać do Warszawy, idiotko, bo obiecałaś
Miguelowi, że będziesz na balu!- Nie wiem, czy się tam wybiorę- mówię w końcu,
a podświadomość gdzieś z tyłu głowy szepcze: „kłamca, kłamca…”. Bo zdecydowanie
bardziej zgodna z prawdą byłaby odpowiedź „pójdę z tobą wszędzie, mogę się
nawet czołgać!”. Ale na litość boską, gdzie się podziała moja godność?! Nie dam
się tak owinąć wokół palca facetowi, który chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z
tego, że ma mnie w garści. Facundo przyglądał mi się badawczo, chyba wyczuwając
kłamstwo. W końcu wstał z fotela i z ociąganiem ruszył w stronę drzwi.
-
Jeżeli się zdecydujesz, to daj znać- rzucił na odchodne, a gdy miał sięgać za
klamkę, drzwi otworzyły się z impetem. Conte został powalony niczym kłoda, a do
pokoju wbiegł zasapany Muzaj. Poderwałam się z krzesła i poleciałam ocucać
Argentyńczyka. Zdaje się, że niedługo wszyscy będą mogli podziwiać ogromne limo
pod jego prawym okiem… Maciek również do niego doskoczył, spojrzał najpierw na
mnie, potem na niego, dwukrotnie powtórzył tę czynność, uniósł znacząco brwi, a
dopiero potem zabrał się za przepraszanie poszkodowanego. Facundo powoli
powracał do świata żywych, a na mnie ten impuls podziałał bardzo dobrze-
wreszcie rozbudziłam się z tego dziwnego letargu. W tym momencie chciało mi się
nawet śmiać. Bo fakt bycia takim niezdarą i pechowcem jednocześnie rzeczywiście
wydają się być komiczne. Facu nieco zamroczony otworzył oczy i rozejrzał się po
sali.
-
Puta Madre!- zaklął siarczyście, podnosząc się z podłogi. Pod okiem powoli
robił się ogromny siniak.
-
Przepraszam stary, nie wiedziałem, że ktoś tutaj jest…- tłumaczył się Maciek,
nie wiedząc, czy ma pomóc Conte, czy lepiej trzymać się z daleka. Biedak
chwiejnie podniósł się do pozycji siedzącej i złapał się za głowę. Pod nosem
wciąż miotał jakieś niezrozumiałe przekleństwa.
-
Przyniosę lód- oznajmiłam i wybiegłam niczym proca z pokoju. Co jak co, ale
lodu w klubie dostatek. Pobiegłam do pomieszczenia fizjoterapeutów i poprosiłam
o coś zimnego. Dali mi kilka dużych kostek zmrożonej wody zawiniętych w
ścierkę. Prawie potykając się na śliskich kafelkach, leciałam na ratunek
Argentyńczykowi. Przed drzwiami musiałam przystanąć na chwilę, aby ponownie
złapać równowagę i ustabilizować oddech. Zza uchylonych drzwi usłyszałam męski
głos.
-
Czego szukałeś u Gaby?- zapytał ostro Muzaj. Jego sąsiad wydał z siebie gniewne
sapnięcie.
- To
nie twoja sprawa, młody- warknął. Przez kilkanaście sekund panowała cisza, a
gęstą atmosferę czułam na korytarzu.
-
Masz rację, nie moja. Ale jeżeli ją skrzywdzisz w jakikolwiek sposób, będziesz
miał ze mną do czynienia.- oznajmił groźnie Maciek, a Facundo już się nie
odezwał. Muzaj wstał i uchylił drzwi, a w progu zobaczył mnie. Zlustrował moją
sylwetkę wzrokiem, uśmiechnął się lekko i swobodnie mnie wyminął. Stałam tak
przez chwilę oszołomiona, podczas gdy chłopak zniknął za zakrętem. Potrząsnęłam
głową, aby odrobinę się otrzeźwić. Weszłam z powrotem do gabinetu. Conte znowu
leżał na dywanie, a miejsce uderzenia robiło się coraz bardziej sine.
Potrząsnęłam ściereczką pełną lodu, a on spojrzał na mnie niczym na wybawcę,
który ratuje go przed straceniem. Uklęknęłam i przyłożyłam mu zimy okład do
skroni. Facundo w ogóle się nie odzywał, miał zamknięte oczy i skwaszoną minę.
Gdyby byłby sobą, na pewno zacząłby żartować ze swojej niezdarności, ale coś
wyraźnie go trapiło. A ja raczej wiedziałam co i nie mogłam mu w tym wypadku
pomóc- miałam chyba ten sam problem. Odchyliłam nieco woreczek, aby móc mu się
lepiej przyjrzeć. Pochyliłam się nad chłopakiem, a kilka moich niesfornych
kosmyków opadło na jego twarz. Natychmiast otworzył oczy, a ja zamarłam. Nie
wiem, ile wpatrywałam się w tę piękną otchłań, bo jego czekoladowe tęczówki
pochłonęły mnie całkowicie. Opanowawszy się, gwałtownie podniosłam głowę.
- Za
jakiś czas opuchlizna zupełnie zejdzie, zostanie tylko siniak- poinformowałam
go sucho, szukając punktu zawieszenia gdzieś na ścianie. Mój wzrok utkwił na
jednym z obrazków nad kanapą. Facundo nie skomentował moich słów, leżał tylko i
chyba znów zamknął oczy- nie jestem pewna, bo nie odważyłam się już na niego
spojrzeć inaczej niż kątem oka. W ciszy przeniosłam się na krzesło przy
biurku.– Nie chcesz, żeby ktoś ze sztabu cię obejrzał?- zapytałam, przecinając
głuchą ciszę barwą swojego głosu.
- Poradzę
sobie- odarł- nie trzeba mnie niańczyć-dodał kpiąco i podniósł się z podłogi.
Chyba nieco go zraziłam tym brakiem reakcji na jego zachowanie. Wciąż trzymał
paczuszkę z lodem przy skroni. Wzrokiem odprowadziłam go do drzwi, a gdy
zniknął mi z oczu, głośno uderzyłam głową o blat biurka. Wszystko dzisiaj szło
nie tak! Im bardziej chcę go unikać, tym częściej pojawia się na mojej drodze.
Ale nie mogłam się zakochać. Zimne suki się nie zakochują, a w facetach z pracy
to już w ogóle. Przecież nie chcę, żeby moje życie przemieniło się w tandetną
komedię romantyczną… Prawda?
***
Wychodzę z jej gabinetu zły, obolały i z
piekielnie mocno pulsującymi skrońmi . Kręci mi się w głowie, ale wściekłość
jakoś tłumi ból. Znowu nie wykorzystałem okazji! Zresztą, czy ona w ogóle jest
zainteresowana? Unika mnie jak ognia, czy ta dziewczyna myśli, że tego nie
widać? Może ma faceta? Na samą myśl zrobiło mi się gorąco, a ciało zalała
kolejna fala furii. Na co byłem taki wściekły? Bo to była pierwsza kobieta,
której nie mogłem zdobyć, ot tak. Nie mogłem sobie jej również odpuścić, nie
potrafiłem wypróbować na niej żadnej ze swoich słynnych sztuczek, bo kiedy
stawała obok mnie byłem inną osobą, byłem… sobą. Nie musiałem jej kokietować,
udawać, że śmieszą mnie jej żarty- bo naprawdę tak było. A może to tylko
chwilowe? Przecież przyrzekałem sobie, że będę wolnym strzelcem, że nie dam się
uwiązać. A ta dziewczyna owija mnie sobie wokół palca, to ja muszę starać się o
jej względy, zapraszać ją na różne bale, to mnie język plącze się gdy tylko
jest w pobliżu. Nie dam się tak opętać! Na litość boską, jestem facetem,
przystojnym, samowystarczalnym. Mogę mieć każdą. „Tylko nie ją…”, podpowiada
ten upierdliwy głosik w głowie. Nie, dość. Nie potrzebuję tej dziewczyny, skoro
jej na tym nie zależy. A może tu chodzi o tego całego Muzaja? Gówniarz wstawił
się za nią niczym rycerz na białym koniu. A nuż między nimi rzeczywiście coś
jest? Jasna cholera, przecież to nie moja sprawa. Niech robi ze swoim życiem co
tylko chce. O nie, Gabrielo Kruk, nie zawładniesz względami takiego faceta jak
Facundo Conte! Niech to szlag, muszę to jakoś odreagować. Chyba że… Chyba, że
spróbuję po raz ostatni ją zdobyć. Za wszelką cenę. I od teraz panuje tylko
jedna zasada- wszystkie chwyty dozwolone.
***
Gdy
wychodzę z hali, słyszę z oddali swoje imię. Po chwili podbiega do mnie
zziajany Andrzej i przytrzymuje mi drzwi. Uśmiecham się w odpowiedzi na ten
miły gest, który w moim mniemaniu nie powinien zwiastować niczego więcej. Ale
Wronka chyba ma inny tok myślenia.
- Co
robisz w sobotę za tydzień?- pyta chłopak, a jego słowa otaczają mnie
znienacka. Nie widywaliśmy się ostatnio zbyt często, a on chce sobie chyba
przypomnieć te „stare, dobre czasy”, kiedy muszę przyznać- trochę się w nim
podkochiwałam. Teraz jednak jest inaczej, stare dzieje minęły, a jego pytanie
zamiast ucieszyć, zupełnie zbija mnie z
tropu.
- W
sobotę?- powtarzam, udając zastanowienie. Siedzę w domu i wżeram czekoladę.
Błagam, tylko nie zapraszaj mnie na tę galę, Endrju, przerabialiśmy już ten rozdział!
- A
może miałabyś ochotę wybrać się ze mną na imprezę, którą organizuje klub?-
zapytał, perfidnie wykorzystując moje wahanie. Postanawiam odpowiedzieć zgodnie
z prawdą.
-
Wybacz Andrzej, ale nie spotykam się prywatnie z osobami z pracy. Przecież wiesz,
jak by to wyglądało w oczach moich przełożonych…- no, prawie zgodne z prawdą.
Ale tylko ja i moja podświadomość wiemy, że to wszystko ma drugie dno. Wrona
patrzy na mnie sceptycznie.
-
Przyznaj się, to przez to, co kiedyś nami zaszło, prawda?- pyta, znowu
rozgrzebując stare rany.
- Nie
zachowuj się jak dzieciak-upominam go- to nie ma nic do rzeczy!- dodaję, a on
prycha rozzłoszczony.
-
Znam cię na wylot, wiem że kłamiesz- mówi, przewiercając mnie spojrzeniem.
Mrużę oczy.
-
Ktoś inny mnie już zaprosił. A ja nie zamierzam iść z żadnym z was- syczę,
wkładając w tę wypowiedź tyle jadu, ile tylko jestem w stanie. Chłopak uniósł
brwi w niemym zdziwieniu- zaskoczyłam
go.
-
Karol?- pyta, układając usta w zszokowaną literkę „o”.
-
Karol ma dziewczynę, idioto! Zresztą, to
nie twoja sprawa- warczę, po czym odwracam się na pięcie i odchodzę bez słowa.
Miłość zawsze wszystko psuła, zepsuła też moje dawne stosunki z Andrzejem, ale
miałam nadzieję, że chłopak po tylu latach odpuści. Najwyraźniej grubo się
myliłam. Poważnie, jeszcze tego mi brakowało. Odrzucałam wszystkich
potencjalnych facetów, niedługo skończę jako zgrzybiała staruszka z tuzinem
kotów na utrzymaniu. Bo muszę się przyznać do pewnej rzeczy- nigdy nie byłam
tak naprawdę zakochana. Motylki w brzuchu, szybsze bicie serca, trzymanie się
za ręce, czułe słówka… Takie sceny znam tylko z filmów. Owszem, było kilka
zauroczeń, ale nigdy nie przekształciło się to w coś poważnego. Czasem napada
mnie myśl, że nie jestem zdolna do miłości. Ale przecież kocham wiele osób-
kocham moich rodziców, młodszego brata, ciotki, wujków, dziadków i przyjaciół…
Ale nigdy nie kochałam nikogo w ten szczególny sposób. Straciłam już nadzieję,
że taka zimna suka jak ja może się zakochać, więc odrzucałam każdego, kto byłby
w stanie tę „miłość” sprowokować. Bałam się uczuć, uciekałam od nich-
idiotyczny paradoks, przecież jestem lekarzem, który leczy ludzkie serca i
dusze. Ale ze swoją psychiką nie jestem sobie w stanie poradzić…
Na
tych rozmyślaniach zleciała mi cała droga do domu. Wracam do siebie, a gdy
zapalam światło w korytarzu, z mojego gardła wydobywa się przeraźliwy okrzyk.
Na mojej wycieraczce jest bowiem bardzo niespodziewany gość…
____________________________________
przepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszam!
znowu Was zaniedbałam, aż wstyd przyznać jak bardzo. Po prostu pewne sprawy u mnie prywatnie się rozsypały i nie miałam czasu na czytanie niczego- teraz składam te pieprzone puzzle i zajmie mi to jeszcze mnóstwo czasu, zanim dotrę do finału tej czarnej zabawy.
Kiedy jakoś się ogarnę, obiecuję, że nadrobię wszystko. Część postaram się przeczytać już dzisiaj.
Jak myślicie, kto jest tym niespodziewanym gościem? Mam nadzieję, że nie traficie! :)
Muszę Wam coś wyznać: mam zaplanowane życie Gabrieli na prawie rok czasu, a nie mam pojęcia, co zrobić w najbliższych rozdziałach. Mam totalną pustkę w głowie... Sama nie wiem jak to będzie.
Jak podobał się Wam piątkowy mecz? Emocje na żywo były wspaniałe, a wracanie na Łuczniczkę na sezon reprezentacyjny to niesamowita sprawa! Chociaż, mam tam takie zboczenie zawodowe, że zawsze automatycznie śpiewam "hej hej hej, Delecta wygra mecz" :D
+ napatrzyłam się na Sebastiana Sole i starczy mi chyba na miesiąc tego widoku... :)
+ niedaleko mnie siedział Rodrigo Quiroga. Myślałam, że złapała go jakaś kontuzja, ale potem gdzieś wyczytałam, że został "odsunięty od zespołu dyscyplinarnie". Wiecie coś więcej na ten temat?
I tak z innej beczki: gra któraś z Was w plażówkę? Ja miałam okazję wczoraj po raz pierwszy grać udział w takim mini turnieju i wrażenia są super! :) Trochę dziko się czułam na początku, bo nie można było piłki odbić przed serwisem, tona piasku, wiatr, wszystko jakieś takie inne... Mimo wszystko polecam na wakacje, bo to naprawdę świetna zabawa :D tylko w moim wypadku z poziomem gry na plaży trochę gorzej niż na hali... Ale wszystko da się wyćwiczyć :)
przepraszam jeszcze raz. Już zbieram się z tego pyłu i wracam do świata żywych. Obiecuję, że będę sumienna w Waszych opowiadaniach! :)
no proszę, proszę.. Maciek taki niepozorny, a tu się takie rzeczy dzieją ;d czyżby się chłopaczyna zakochał? ;d no to może być ciekaawe ;d a jeśli chodzi o Conte too.. już mi się go robiło żal, że tak te drzwi nieprzyjemnie zaliczył, ale ten fakt, że chce zdobyć szanowną panią psycholog za wszelką cenę to hm.. nooo nie bardzo ;D żeby się chłopak nie przeliczył :D a co do niespodziewanego gościa.. no pewnie to nie będzie Facundo ;d hm.. Maciek też wydaje się być zbyt.. oczywisty ;d sama nie wiem ;d
OdpowiedzUsuńpozdrawiam! :)
Czyżby pod drzwiami zobaczyła Macieja ? Hmm...
OdpowiedzUsuńMartwię się trochę o Gabi, te słowa Conte "wszystkie chwyty dozwolone " wywołały u mnie dreszczyk...
Nie mogę już doczekać się kolejnego :)
A mecz, skakałam z radości jak wygrali. Obudziłam śpiących domowników, ale cóż, wiedzieli, że mecz oglądam :)
Pozdrawiam :)
http://zwyklyczas.blogspot.com/
Jejku, jak słodko..
OdpowiedzUsuń(Tak, wiem, że nadużywam słowa "słodko" w komentarzach, ale serio, nawet jakby Conte ją chciał zabić, to byłoby słodko, bo robiłby to z miłości {boże, co ja plotę, niech mnie ktoś ogarnie})
"Wszystkie chwyty dozwolone". Powiadasz, Facundo? Hmmm... ciekawe co będzie tym chwytem...
Do zobaczenia i proszę, póki nie zaczęłam wrzucać rozdziałów na "samotność mnie boli" informuj mnie na "opowieści nieprawdopodobnej" okej?
z góry dzięki
Miłych wakacji, kochana! :*
O jacie, jacie, jacie :3 O Ty Macieju, Ty, Zbereźniku jeden. Śnisz sobie o Gabie w ten nieco mnie oględny sposób. :3 O ty! Conte jak zawsze, przeeeeeuroczy ♥ I oboje są tak samo głupi. No na kilometr przecież widać, że ich do siebie ciągnie i w ogień by za sobą skoczyli. Ale NIE! Każdy ma swoją dumę i nie da się tak po prostu omotać. Ja już nie wiem co to dalej będzie z tą Gabą. Zaskakujesz mnie dziewczyno totalnie. Raz Conte, raz Muzaj, znów Conte, a i jeszcze Wonka, ponownie Conte i Kłos. Uwielbiam Cię, wiesz? Bardzo, bardzo, bardzo! Za ten rozdział też, bo jest nieziemski. Wszystko co wychodzi spod twojej ręki jest nieziemskie i nawet się mi nie sprzeciwiaj. ;] Czekam tylko teraz co robi Facundo, a potem mogę umierać w raju normalnie. Matulko kochana, jak ja bym chciała być w Łuczniczce *.* Toż to moje marzenie jest po prostu. A ty jeszcze byłaś na meczu O.o O Sole :3 Matko kochana, co to jest za facet. Jak oglądałam mecz w tv to nie mogłam przestać się na niego gapić.
OdpowiedzUsuńPowodzenia w składaniu życiowych puzzli. Dasz radę, dziewczyno! Buziaki :*
Hahahahaha, Muzaj i zboczone sny o Gabrysi? Nie dziwie sie, że jej unikał :D Muzaj woli blondynki? Czyli nie mam już szansy, Ehh :/
OdpowiedzUsuńNormalnie teraz to zaczęłam troszki nie lubić Conte, jak on może sobie takie rzeczy myśleć, ja sądziłam, że to miły chłopak jest,a tu :<
Muzaj niby taki spokojny i opanowany, a tu takie coś. W tej sytuacji sprawdza się powiedzenie: "cicha woda brzegi rwie" :D W ogóle to mi się wydaje, że on się zakochał po prostu w Gabrieli. To, że mówił, że kręcą go blondynki to po prostu takie wymiganie się było, i tyle.
OdpowiedzUsuńPrzeraża mnie to co Facu powiedział, a dokładniej to, jakie "chwyty" ma na myśli. Mam jednak inne wyobrażenie o nim, że nie jest takim niegrzecznym chłopcem, ale nie powiem, że taki nie jest...interesujący, bo jest i to bardzo :D Z resztą, to Facundo Conte, on zawsze jest INTERESUJĄCY!
I wydaje mi się, że to co Gaba zobaczyła na wycieraczce, to może być sprawka Conte...tak mi coś mówi :D
Pozdrawiam.
+ Przepraszam za długą nieobecność, wszystko nadrobiłam i postaram się teraz czytać na bieżąco :)
O Muzaj mnie zaskoczył :p Gaba sama siebie oszukuje. Ciągnie ją do Facu :p Ciekawi mnie co nasz Conte wymyśli, już się boję :p Rozdział świetny, nawet nie wiesz jak się uśmiechałam jak go czytałam ;)
OdpowiedzUsuńA co do piątkowego meczu to emocje na żywo nie do opisania. W końcu przełamanie, ale wczorajszy mecz zaskoczył mnie jeszcze bardziej, a szczególnie Zbyszek Bartman. Wreszcie mamy dwóch atakujących :D Taką grę jak w 4 secie, a nawet lepszą chcę widzieć dalej ;)
Ściskam :*
Po pierwsze to dziękuję za tak długi rozdział ;) Więcej takich! A po drugie Muzaj co ?????? Sny z podtekstem miłosnym hahaha rozwaliłaś :) No to Facu chyba wpadł na dobre... ALe tu Wronka tu Muzaj oj ciekawie ciekawie :) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńBoże ale ta Gaba ma amantów! Facundo, Maciek, a teraz Andrzej... I jak tu wybrać? XD Ale ona robi bezmyślnie i wszystkich odrzuca, nawet nie wie co traci XD
OdpowiedzUsuńzazdroszczę Ci<3 ja jeszcze nigdy na meczu nie byłam, wstyd XD szkoda, że przynajmniej jeden mecz nie odbywa się na Podpromiu:c
Zapraszam serdecznie na nowy rozdział :)
OdpowiedzUsuńhttp://zwyklyczas.blogspot.com/
Pozdrawiam :)
Zdziwię Cię al ja już czytam to opowiadanie. Jestem na 5 i sporo jeszcze do nadrobienia!
OdpowiedzUsuńnowość na http://mynieistniejemy.blogspot.com/
Twój blog jest genialny fajnie się go czyta Tez byłam na tym meczu było niesamowicie to trzeba przeżyć Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńał handlarkę płazującą obfitym węgorzem
OdpowiedzUsuńnieszczęsnego superpοwers () halabaгdnika, kto puԁer
dramat nаpatoczyć ϳej się ρoniżеj ręκę.
Jedno ѕtało okгeślone, sympatia ludu była
po ωitrynie internetowej гycerza.